7.12.2012

a tymczasem....jesień średniowiecza, czyli smark kontratakuje!

skończylismy ledwo jeden ciągły katar uniknęlismy zapalenia ucha, udaliśmy się w chwilowym oknie bezgilowym na szczepionkę i zaraz potem bach! smark kontratakuje! znów dwie ostatnie noce okraszone były kaszlem wiewiórki, dzień urozmaicony inhalacjami i nieustannym fridowaniem. dzisiaj do zabawy dołącza lekarz w ramach wizyty domowej. ech, zdrowie, ile cię trzeba cenić...podobnie niepokojące wieści dochodzą z Wrocławia, jak widać w niemczeh mimo widocznego postępu i dobrobytu też niektórych problemów jeszcze nie rozwiązano.
życie jednakowoż toczy się dalej i co dzień przynosi nowe atrakcje w wykonaniu naszych małych gryzoniątek. już dawno, bo 17 listopada zuzło po raz pierwszy "zapełzło" i od tego czasu poszerza horyzonty, obgryzając kolejne części umeblowania. toczy się raźno z boku na bok i aktywnie uczestniczy w podłogowych zabawach homika takich jak drewniana kolejka czy budowle z klocków. z racji swoich małych kompetencji manualnych mała na razie obsadza rolę Godzilli. drugiej stronie to jednak zwykle odpowiada, po odpowiednim wyjaśnieniu przez nas o co kaman.
homineiro za to zaczyna mówić zdaniami, takimi na razie krótkimi, ale treściwymi. ostatnio przy próbach wykurzenia go od nas z łóżka uraczył nas słodkim "tutaj być spał". no i oczywiście już go nie można było zabrać. wczoraj podobnie nas przekonywał, w naszym łóżku jest wystarczająco dużo miejsca na wspólne spanie. słodziak! poza tym to ma okropną fazę na mamę, w zasadzie ja rzadko co mogę z nim zrobić. pocieszam się, że to podobno tak jest czasami :( i że przejdzie.
poza tym same sukcesy - pozyskaliśmy krzesełko Antilop dla Wiewiurki, mama miała sesje foto w zaprzyjaźnionym studio i już teraz będzie miała czym okraszać swoje notki profesjonalne, dzięki czemu jej działalność będzie się rozwijać jeszcze lepiej niż do tej pory. cieszymy się. idą święta a potem jedziemy na supersylwestra z superznajomymi. darz bór!

12.11.2012

uważaj na znajomych z dziećmi!

w miniony weekend rodzina szoszonów z Wrocławia nawiedziła warszawę. powód oficjalny to start szoszona w Biegu Niepodległości, ale nieoficjalnie wiadomo, że po prostu się za nami stęsknili, bo przecież na zadymę szoszon równie dobrze mógł iść z kibicami WKSu. tak czy siak, przyjechali, a nieopatrznie gościć imprezę zdecydowali się prokojaśki. oni jeszcze nie mają dzieci i myśleli, że będzie fajnie, a mają nowe, dopiero co urządzone mieszkanie. zjechaliśmy się w porze obiadu i potem my, dorośli, zajęliśmy się sobą – rzadko się widujemy więc tematów nie brakuje. dzieci natomiast po wstępnym obwąchiwaniu też zajęły się sobą.

zabawa nr 1: homik wraz medsien (3 l.) z wrocławia i praskąlaską (2 l.) najpierw odkrywają pustą półkę w szafie. potem okazuje się, że można na tę półkę wejść i zamknąć drzwi od szafy. potem okazuje się że półka mieści dwójkę dzieci, a drzwi wciąż się zamykają. itd. itd. straty – zero.

zabawa nr 2: jakieś tam pluszaki, w tym niezwykle atrakcyjna żaba. nie wiem na czym polegała zabawa ale niestety w pewnym momencie homik po wyczerpaniu znanych sobie argumentów (działających na wiewiurke, lat 0,5) postanowił ugryźć przeciwnika, chcąc uzyskać wyłączny dostęp do żaby. ugryzł niestety dość mocno, wystawiając jednocześnie nam, rodzicom, laurkę troglodytów i prostaków. straty – dziura w ręce medsien :( i troche płaczu.

zabawa nr 3: kanapa, poduchy, te sprawy. niestety w pobliżu kieliszki, talerze z buraczkami itp. skoki, fikanie, łażenie po oparciach. straty – stłuczony kieliszek, plama z wina na ścianie, poducha w buraczkowym sosie.

zabawa nr 4: szczegóły są nieznane, ponieważ dzieci bawiły się na tyle dobrze, że postanowilismy nie zawracać sobie nimi głowy. straty – powciskane wszystkie kopułki głośników w kolumnach

w gratisie było też walenie zębami o krzesła w wykonaniu homika i inne atrakcje. gospodarze robili przez cały czas dobrą minę do złej gry, za co im serdecznie dziękujemy. Frau szoszon twierdzi, iż mościagospodyni śmiała się tylko, że był niezły nalot, co śmiało możemy zinterpretować jako nieasertywne “kurwa mać!”. nic to, odegra się na nas na fotelu w gabinecie ;) ale nawet jeśli, to było warto!

31.10.2012

miruna* a la google plus inwencja własna

było 5 średnich płatów miruny*, 2 średnie cukinie, 2 średnie czerwone papryki, jedna średnia zwykła cebula i 4 ziemniaki, też średnie. ziemniaki obrałem, pokroiłem w plasterki i obgotowałem krótko (max 5 minut) we wrzątku. cukinie, papryki i cebule obrałem i niedbale pokroiłem w duże kawałki/talarki. wymieszałem warzywa, razem z ziemniakami, które uprzednio odlałem z wrzątku. naczynie żaroodporne posmarowałem oliwą i wsypałem doń w/w mieszankę warzywną. piekarnik, uprzednio nastawiony na 180st w trybie zwykłym, już był się nagrzał. polałem jeszcze tylko z wierzchu warzywa oliwą, posypałem obficie solą, trochę pieprzem i średnio tymiankiem. wstawiłem, najpierw bez przykrycia, do nagrzanego piekarnika, na jakieś 25 minut. w tym czasie obtoczyłem mirunę* w oliwie i posypałem pieprzem cytrynowym, z obydwu stron, po czym ułożyłem rybę (na "zakładkę") na kawałku folii aluminiowej. po rzeczonych 25 minutach stwierdziłem że warzywa się "nie robią" więc przykryłem naczynie górą od tegoż. po mniej więcej kolejnych 20 minutach warzywa zrobiły wyraźny postęp, więc włożyłem mirunę* na nieprzykrytym niczym kawałku folii do piekarnika i podniosłem temperaturę do 190st. po mniej więcej kwadransie sprawdziłem rybę, wydała mi się ok, więc wyciągnąłem z piekarnika i było zrobione.
wyszło zaskakująco pysznie.
homik zjadł, ale trochę narzekał na nadmiar pieprzu i musiałem oblizywać celem redukcji
nie przesadzajcie więc z pieprzem, jeśli mają to jeść dzieci.
wykonanie oparte na tym przepisie, tylko, że rybę upiekłem, a nie usmażyłem. chyba zdrowiej.
smacznego
* - po powrocie mamy do domu okazało się że to jednak nie miruna, a tilapia. whatever.

22.10.2012

pisz, zamiast grać w smoki

tak mówi mi Mama - "zamiast ganiać za tymi smokami napisałbyś coś, chociaż z raz na tydzień". łatwo powiedzieć, żeby tak pisać, na zawołanie. cała przyjemność w tym że nie ma w pisaniu tutaj żadnego przymusu :) poza tym - chociaż z dziećmi to wiadomo, że co chwila coś nowego - nie zawsze jest o czym, ale częściej nie ma tzw. weny
z nowości to mała zaczyna ciumkać chrupki kukurydziane, a także oblizała wczoraj w lolku łyżeczkę z dżemem malinowym. minę miała dość zdziwioną, ale niech się nie dziwi bo już w kolejce czeka zakupiony w biedronce słoiczek typu malina/jabłko. będzie się działo.
a w ogóle to dzisiaj wena się zrobiła w momencie, kiedy po przyjściu Kasi zastałem wyproszony z pokoju, ponieważ zagadywałem ją i nie mogła homikowi czytać bajki. niniejszym uważam proces adaptacji homika do nowej opiekunki za zakończony :)

19.10.2012

pasmo sukcesów

po pierwsze to wygrałem oczywiście konkurs bachora. oczywiście dlatego, że o ile mi wiadomo byłem jedynym startującym :D tak czy inaczej idziemy dziś z Mamą do kina na Bestie z południowych krain.
po drugie, znaleźliśmy nową, fajną opiekunkę dla dzieci. jest sympatyczna, obrotna i lubi porządek. dzieci, a zwłaszcza homik, ją lubią do tego stopnia, że jak już nie mogą sobie dać z nami rady wołają "kaaaaaaasiaaaaa". tzn homik woła. wiewiurka na razie głównie woła jak jej się nudzi, jest głodna albo zrobi kupę. poza tym śmieje się do wszystkiego i wszystkich. aha, jeszcze parę dni i zacznie pełzać jak kiedyś jej brat. będąc u mojej siostry w weekend zaobserwowaliśmy jak przejechała dobry metr po dywanie. co prawda ręce opierała na śliskiej paczce chusteczek, ale niewiele, naprawdę niewiele brakuje. z maty już prawie w domu złazi, to po trzecie. aha ogólnie to jest już duża - przy wczorajszej kąpieli ze zdziwieniem stwierdziłem, że jej mała głowa jest całkiem proporcjonalna już w stosunku do reszty pulchnego ciałka :)
po czwarte, homik rozwija się dziarsko - jeździ na trzykołowym motorze, dużo rysuje i maluje, sporo gada i prawie wszystko powtarza a nawet sam śpiewa! można się przy tym dobrze ubawić, słuchając jego wykonania piosenki o żabkach :D a, i chętnie recytuje z nami "siała baba mak". on recytuje słowa mak i tak, a my resztę  i jest fajnie. poza tym strasznie papuguje zuzie - łapie za smoczek, kładzie się w jej łóżeczku itp. aha i śpi z misiami, przynajmniej trzema, ułożonymi w rządku obok głowy :)
po piąte, homik przyswoił całkiem nocnik i w zasadzie pieluchy zakładamy mu tylko na spanie i czasem na spacer. poza tym woła siusiu i kupe i sam leci po nocnik.
po szóste Mama rozwija swoją działalność i patrzymy z optymizmem w przyszłość
samo dobre. oby tak dalej.

2.10.2012

w konkursie bachora wystartuj

"Azaliż, jeśli noc całą przespać zechcesz, nie niepokojon będąc przez bestyję dzieckiem zwaną, czary podane tutaj odprawić, gdy słońce zajdzie, musisz. Weź zatem bestyję ową, przy stole posadź. A pasków fotelika do karmienia zapiąć nie zapomnij, albowiem jebnięciem wielkim skończyć się to może i noc, miast w łożu swojem spędzić, w szpitalu na Niekłańskiej, jak potępieniec pomstując na służbę zdrowia, spędzisz. Toster uruchom, i zgodnie z prawidłami sztuki grzanki przygotuj. Dwa razy za siebie spluń, przez ramie lewe i prawe, sok do kubka utocz i bestyi podaj. Dla efektu wzmocnienia grzankę i sobie uwarz, i przy stole z bestyją spożyj, baczenie mając, aby dziecię grzankę swą zeżarło i trzewia swoje dokładnie wypełniło. A kiedy rytuału tego dopełnisz, i bestyja gromkim beknięciem spożycie zakończy, do łaźni ją powiedź, postronka święconego używając, kiejby sama poleźć nie chciała, po drodze znak krzyża li półksiężyca w powietrzu kreśląc. Wody do wanny nalej, dziecię rozbierz, i wspak inwokację z Pana Tadeusza dla uspokojenia nerwów starganych swoich odmawiając, driakwii magicznej, "emolientem" z francuska zwanej, do wody nakropl. Bacz jednak, aby bestyja z łaźni chyłkiem nie spierdoliła, albowiem wysiłek Twój cały zniweczy i łowy na bestyje od nowa rozpocząć będziesz musiał. Bestyję w wodzie zanurz, a sam pobieżaj pieluchę, piżamę i śpiwór przygotować. Po czasie naznaczonym, od fazy księżyca i pory roku zależnym, przed zsinieniem z zimna bestyję z wanny wyłów i w ręcznik z niegręplowanej wełny, przez utopcami chroniącej, z wody wytrzyj. Do sypialni zawlecz i w święcone pieluchy i nocną odzież odziej, o śpiworze nie zapominając, albowiem tylko śpiwór temperaturę odpowiednią do snu bestyi zapewnić może. Do leża łóżeczkiem zwanego bestyję wciągnij, zaklęcia pod nosem mamrocząc, a zaklęć tych za dnia wypowiadać nie waż się, albowiem moc ich nieparlamentarna wielka! Do kuchni po eliksiry snu pobieżaj, o miarce nie zapomnij! sto kropli witamin podaj. sto kropli tranu na miarkę utocz, i przeżegnaj się, aby tranu bestyja do łóżka swego nie wylała, albowiem rybą walić nadzwyczaj będzie. naznaczoną na recepcie antybiotyku ilość odmierz i bestyi podaj. wreszcie, eliksir mocy wielkiej przygotuj i na miarę nalej. a imię jego Clemastinum. kaszel on wszelki w nocy umarza i bestyji sen spokojny zapewnia, rodziców nie turbujący. po rytuałach nocnych namaszczeń księgi dobądź, traktaty o jajku co z kurą dyskutowało... albo o lokomotywie. zaprawdę, nie zna ludzka mądrość ksiąg lepiej bestyję usypiających. wersety mocy wielkiej odczytaj i bacz, aby bestyja na leżu swym cielsko swoje złożyła i wstawać nie śmiała. gdy ślepia jej, ogniem zabawy gorejące, zamykać się poczną, pocałunek swój rodzicielski na czole bestyi złóż, i do komnat swoich się oddal. jak mantrę w duchu "śpij, do ciężkiej cholery" powtarzaj dopóty, dopóki odgłosy z leża bestyi nie ucichną, a ty na zasłużony spoczynek się udasz."
takoż z ust mędrców receptę spisał baranello, anno domini 2012

20.09.2012

futbolescu rumunescu czyli krótkie wakacje

krótki przerywnik to będzie. bo nie o dzieciach tylko o mnie, pratacie (badum....tssss!)

dzięki połączonym siłom mamy, emi, i obydwu babć mogłem wyskoczyć na doroczny PG WorldCup (piłkarski) do Bukaresztu. tak, to jest tam daleko w Rumunii a miało to znaczenie z dwóch powodów: po pierwsze, Rumunia nie jest w strefie układu z Schengen o czym przekonało się naszych dwóch kolegów wysiadając z gracją z autokaru na granicy węgiersko-rumuńskiej; po drugie - jechaliśmy tam 26 godzin, bo od granicy w Oradei do Bukaresztu jest 600km, po jednopasmowej głównie drodze, przez tereny wyżynne, Przełom Czerwonej Wieży i inne rumuńskie, za przeproszeniem, zadupia (lubie Rumunię, zwłaszcza góry, ale jednak trochę tam są za murzynami pod względem dróg. tak, jeszcze bardziej niż u nas). do tego nasi kierowcy popieprzyli się z GPSem i zamiast na przedmieście Mogosoaia trafiliśmy na ulice Mogosoaia w centrum Bukaresztu. Bagatelka, dodatkowe 2,5h w korkach: Bukareszt, centrum, piątek wieczór. grunt jednak że wódki było dość i autokar miał elegancką lodówkę. także dojechaliśmy.

pierwszego wieczora zamiast na imprezę z resztą futbolistów, trafiliśmy do przydrożnego baru na tradycyjnego psa z grilla. no dobra, to nie był pies, tylko normalne mięso, ale ponieważ psów kręci się tam mnóstwo (bezpańskich), to skojarzenia jakby były naturalne...potem spać i od rana na boisko. a nie, wcześniej śniadanie hotelowe bez kawy. no, bez. dziwne, co? może taki chudy pakiet mieliśmy, a może to jakieś bukaresztańskie zwyczaje. po drodze na boisko - choć to było blisko i prosto - kierowca pomylił drogę. no comments :)

turniej zaczęliśmy z animuszem, ale od porażki z włochami 0:1. tu należy zauważyć, że po stracie 2 zawodników nasza tzw. ławka składała się z jednego człowieka na zmianę, więc oczekiwania nie były zbyt wygórowane. ale już w drugim spotkaniu wygraliśmy z genevą 1:0 (ha! ja wcisnąłem tę bramkę!) a w kolejnym ograliśmy rotterdam 4:0! wystarczyło na koniec wygrać lub zremisować z węgrami i voila! po 1:1 wyszliśmy z grupy z drugiego miejsca, unikając tym samym innej polskiej drużyny w ćwierćfinale. zatem sukces ponad miarę naszych oczekiwań. 

wieczorem była tradycyjna impreza, ale sprowadziła się ona dla nas głównie do spałaszowania kolacji, wypiciu kilku piwek i powrocie do hotelu, bo po całym dniu ganiania bez zmiany po trawce, byliśmy zrąbani jak trzeba. a w końcu w niedziele też wypadało coś pokazać na boisku :)

no i pokazaliśmy... w pierwszym meczu po większości czasu przy stanie 0:0 rozpadało się, ale sędzia przerwał mecz z innej przyczyny - jeden z Włochów próbował nurkować w polu karnym i w efekcie złamał paskudnie rękę. bad luck. po wznowieniu meczu bramki już nie padły (wcześniej mieliśmy jedną czy dwie dobre okazje). w karnych natomiast lepsi byli włosi a nasi strzelcy zawiedli zupełnie :( pozostała nam więc walk o 5te miejsce. Włosi natomiast wygrali turniej później...znaczy - aż tak źle z nami nie było. potem jednak chyba zabrakło sił, bo kolejne spotkanie przegraliśmy 0:1 z Rumunami a ostatnie - o miejsce 7me - nie odbyło się, bo większość naszych chłopców była zbyt zmęczona, a i Chorwaci nie rwali się do walki. zresztą, organizatorom wkradł się bałagan - finał, zamiast być ostatnim ze spotkań, rozegrany był przed naszymi ostatnimi meczami, gdzieś na bocznym boisku, zamiast na głównym, z trybuną i szansą na zgromadzenie wszystkich pozostałych drużyn na widowni. poza tym rozpadało się, a w dodatku mając w perspektywie 24 godzinną podróż do Polski, szybko zwinęliśmy się do hotelu i po krótkiej regeneracji zapakowaliśmy się do autokaru, ruszając w podróż powrotną. nie tak jak w Chorwacji rok temu, skąd nikt nie chciał wracać bo było pięknie, ciepło, morze było niebieskie a impreza dopięta na ostatni guzik.

tym razem poszło nieco sprawniej - po postoju na szybkie zakupy "zrobiliśmy" Rumunię w 7,5h (zamiast 12h. to dzięki temu że była noc i mniejszy ruch). Węgry i Słowacja przeleciały w miarę sprawnie i w sumie już o 14 byliśmy w Warszawie. 

było w sumie fajnie, może bez znacznych sukcesów, bez żadnego zwiedzania (prócz "wieczornej autokarówki po centrum Bukaresztu" w piątek) ale zawsze chwila oddechu i radosnego futbolu :) za rok turniej koło Barcelony :)

10.09.2012

rozmyślanie przy myciu laktatora

dziś i jutro to ja jestem kurą domową,bo mama przebojem wraca na rynek pracy i prowadzi szkolenie. w związku z tym postanowiłem wziąć wolne i obstawić temat domu i małych gryzoni. może ktoś pomyśli że "wspaniałomyślnie postanowiłem" ale tyle w tym wspaniałomyślności co wyrachowania. to proste - albo będziemy sobie dalej żyć jak przez ostatnie 2 lata z akcentami rozłożonymi w staropolski sposób: facet zarabia, baba gospodarzy albo skierujemy się na perspektywę powrotu baby do roboty i będziemy krzewili model - przynajmniej dla niektórych - wywrotowy. decyzja raczej prosta, bo po pierwsze matka niepracująca to prędzej czy później matka sfrustrowana, a po drugie żeby realizować plany i marzenia z większym rozmachem potrzeba środków. no więc ja teraz gospodarze a baba zarabia.

efekt jest natomiast taki że wieczorem nie mam ochoty na nic. po całym dniu tłumaczenia homikowi, że to tak, a tamto tak (po 5 razy, bo to w końcu 2latek), usypiania wiewiurki w dramatycznej scenerii (bo chwilowo nie usypia grzecznie i samoczynnie), tańca z garami, na spacerach i myciem okien nie mam chęci na dalszą socjalizację. najchętniej spierdoliłbym w wirtualny świat takiego dajmy na to Skyrim i zapolował na smoka bądź inne leśne zwierzę, oderwał się od rzeczywistości zupełnie na tę godzinę czy półtorej. nie mam nawet chęci na reperowanie słuchawek, bo to nieuchronnie doprowadzi mnie do planowania następnego dnia - kiedy iść do sklepu, kiedy dzieci wrócą z emi i trzeba je będzie karmić i kiedy w tym wszystkim kupić części do naprawy.

są oczywiście inne sposoby relaksu, równie miłe - film z mamą, lub inne wspólne działania. ale nic nie odrywa od rzeczywistości tak jak rzeczywistość wirtualna.

6.09.2012

głos ojca

wczoraj, czy tam parę dni temu wybuchła burza, bo prof. Mikołejkowi nie spodobało się, że matka zwracała  uwagę "dwa razy starszej kobiecie". pewnie, chamstwo i brak kultury należy piętnować, byle rozważyć ryzyko oberwania w przysłowiowy ryj. ale poza tym to powiem szczerze, że nie rozumiem o co temu panu chodzi. co więcej, nie rozumiem jakim sposobem taki tekst znalazł się w Wysokich Obcasach, które ogólnie postrzegam jako delikatnie, ale jednak feminizujące pismo? żeby wywołać dyskusję? no to się udało... chyba, że w tekście ukryta jest jakaś nad wyraz subtelna ironia, której ani ja, ani dysputanci w studio tok fm, ani rzesze "wózkowych" nie zrozumiały gdyż już tak mają mózgi zryte kołami swoich spaceówek, że nie da się z nimi pogadać?? to wtedy może musimy iść na jakąś reedukację, może na jakieś seminarium do profesora Mikołejki?
owszem, ja bym może wydzielił kategorię matek, które nie do końca celują w skillu wychowawczym i ogólnie społecznym - mieszkamy na Pradze, są ekipy matek z pociechami które spędzają cały dzień na ławce na skwerku, zarzucając okolicę petami, łupinami nasion słonecznika i torbami po czipsach. fajnie im, że tak mogą. szkoda, że nie dbają o wspólne dobro jakim jest park, ale co im zrobić? skoro im wystarcza taka "praca", mają bogatych mężów, albo dobrze wyłudziły zapomogę z MOPSu to darz bór, ja, a zwłaszcza moja żona, wolimy inaczej. a jeśli mi się to nie podoba to nie zieje jadem po kątach i felietonach tylko zwracam uwagę. fakt, nikt nie lubi wymądrzających się i jak ostatnio zwróciłem uwagę dziewczynę że jej dziecko (pod jej opieką chyba) zaraz zabije inne dziecko furtką to usłyszałem swoje. ale nie mogę miec pretensji, każdy jest asertywny jak potrafi i nie oburzam się.
natomiast: jako ojciec mam tę komfortową sytuację, że nie muszę kiblować po 12h w biurze, mam zajebistego pracodawcę i super szefa dla którego ważne jest "co" i "jak" a nie "kiedy" jest zrobione i dzięki temu mogę spędzać z dziećmi stosunkowo sporo czasu. dzięki temu mam możliwośc dokonywania pewnych auto-obserwacji. więc może już kiedyś pisałem, ale po 4 dniach spędzonych z homikiem w trakcie gdy mama prowadziła szkolenie NIGDY nie powiem że matka z dzieckiem w domu to maciczna terrorystka i istota podła naciagająca państwo. nie daj boże jeszcze jechać gdzieś wózkiem, bo wtedy do całej domowej szopki dochodzi jeszcze tor przeszkód. może stąd wiem, że sam jak idę z dziećmi na spacer, to gdy wiewiurka śpi a homik się bawi z dziećmi, to jest MÓJ moment - na paplanie, jeśli jest z kim, albo na książkę. albo nawet na siedzenie i cieszenie się tym, że nie jesteś w pracy, przy kąpieli, przewijaniu, karmieniu, dowolne skreślić. a do diabła, inni mają gorzej - poczytajcie sobie śmieszno-gorzki tekst samotnej matki na bachorze albo blog komentującej wyrodnej matki do d.... a teraz też zaczynamy z mamą dostrzegać jak to będzie mieć dwójkę małych dzieci - żłobki, opiekunki, szczepienia, choroby dzieci i desperacja mamy w powrocie na rynek pracy. więc ja się wózkowym nie dziwie, że nie rozglądają się wokół czy aby wszyscy mogą przejść chodnikiem, czy aby ich bachorzę nie przeszkadza profesorom etyki w kontemplowaniu przyrody. ja na miejscu matek z wózkami napieprzałbym ze złości jeszcze dodatkowo w maski samochodów blokujących chodniki.
jeśli panu profesorowi tak to wszystko przeszkadza to może niech jedzie do Szwecji i Anglii, gdzie rzesze macicznych terrorystek wykorzystują system do utylizacji bachorów we wspaniałym socjalu. dzięki temu panuje błogi spokój i nikt nikomu w niczym nie przeszkadza. 

24.08.2012

filmy z puszki. pandory....

być może popełniamy jakiś błąd? może zapewniamy homikowi za mało rozrywek? może pozwalamy na zbyt dużo albo zbyt mało "bajek"? może nie znamy odpowiedniego sposobu zakończenie oglądania...? sam już nie wiem.

w każdym razie - otworzyliśmy puszkę pandory w postaci oglądnięcia pierwszego filmu z youtube na komputerach które są w domu. jakoś tam wyszło - była chwila czasu, homik ładnie prosił no i weszła jedna bajka na lapku mamy, innego dnia następna, tym razem na komputerze taty. no i poszło.
wcześniej jednak były ostrzeżenia - babcia kiedyś nieopatrznie też puściła małemu bajke z yt i pokazywała filmiki w komórce - nic specjalnego, filmik o tym jak h wchodzi do lokomotywy w muzeum kolejnictwa. ale grunt, że coś się ruszało na ekranie, dźwięk sie wydobywał, była akcja :) doszło jednak do tego, że jak tylko bylismy u babci to od wejścia homik rozglądał się i domagał odpalenia komputera, albo chociaż filmu na komórce. "baba tu-tu". a jak nie było tu-tu to był płacz i mała złość.

no a dzisiaj wpadliśmy w tę pułapkę sami. jak tylko widać w okolicy laptopa - a widać często bo mama pracuje głównie z domu, a mnie się też zdarza - to od razu jest call for movies. słabo. dlatego, że jesli się jego próśb i nalegań nie spełnia, to nie rezygnuje łatwo. przeciwnie, potrafi nalegać przez dobre parę minut. no, ale dopóki grzecznie i łagodnie odmawiamy jakoś to idzie. gorzej jednak jest, jeśli od czasu do czasu - nie więcej niż raz dziennie - już coś zaczniemy RAZEM (to wg mnie ważne żeby nie sadzać go samego przed ekranem tylko uczestniczyć razem z nim w opowiadaniu tego co na ekranie widać) oglądać. bo skończyć oglądanie jest bardzo, bardzo trudno. wczoraj na przykład po kąpieli obejrzelismy jeden, wcześniej obiecany odcinek Thomas and friends. po zamknięciu komputera była masakra! płacz, szlochy, nieutulony żal. konsekwencja konsekwencją, ale serce się kraje. mimo prób przytulania, głaskania, zagadywania liczyło się tylko to, że nie może oglądać dalej :( na szczęście pomogła nakręcana świnka, czyli różowy, uroczy minutnik kuchenny... także god bless the pigs.

dodam tylko, że sami właściwie nie oglądamy telewizji. czasami flimiki na youtube, czasami jakiś mecz, raz w tygodniu wspólnie jakiś film. całe szczęście nie mamy nawyku no i uważamy, że telewizja nie wnosi nic wartościowego, poza tym kiedy byśmy mieli to robić? przy tym reklamy i tak atakują nas w internecie. dodatkowo, przerażający jest hipnotyczny wpływ ruchomego obrazu - czy to w TV czy w komputerze - na dziecko - nasze, czy inne. tego chyba najbardziej się obawiamy. zastanawiamy się więc czy nie odroczyć dyspensy na reglamentowane oglądanie "bajek" o jeszcze jakiś rok.

na koniec garść leksykalnych nowości: homik coraz więcej powtarza. nauczył się też wielu nowych słów. zgadniecie co to?
- kok
- koj
- ako
i inne typu pies, dziekuje, proszę też się pojawiają powoli. a, no i wreszcie chyba możemy powiedzieć, że opanowaliśmy nocnik na obydwu frontach, if you know what I mean :) ale do odpieluchowania jeszcze troszkę..

do następnego razu. pozdrawiamy.

30.07.2012

buggypod io - wrażenia drugie, czyli dalsze

jakiś czas temu pisałem o pierwszych wrażeniach z użytkowania buggypoda. teraz pora na kolejne, bo używamy go już z powodzeniem od prawie 2 miesięcy. w skrócie:
  • dostawka ogólnie się sprawdza przy wycieczkach jednoosobowych z dwójką dzieci, raczej lepiej niż spacerówka + chusta (nie jesteśmy maniakami chust, pewnie gdybyśmy byli to nie byłoby dyskusji. ale np teraz w upały to by się W chyba upiekła żywcem w chuście)
  • niewątpliwie wadą buggypoda jest fakt "ściągania" wózka na prawo, czyli na stronę po której jest doczepka. przy dłuższych spacerach nieco boli ręka - być może przy innym wózkiem rozkład masy byłby lepszy, ale przy naszym troszkę się można zmęczyć (Peg Perego Pliko p3)
  • system składania i rozkładania jest sprytny i efektywny, składanie jest proste i szybkie. nieco mniej wygodnie się rozkłada bo przez patent z blokadą przycisku ciężko jest to zrobić jedną ręką i trzeba siedzisko dopychać...głową. można się przyzywczaić :)
  • homik nawet czasami sypia w krzesełku - nie jest to urządzenie stworzone do spania, ale w gdy już mu sie wyczerpuje bateryjka rozłożenie oparcia na płasko-skośnie ułatwia odpoczynek
  • wadą na pewno jest brak w standardzie jakiegoś daszka, parasola itp. przy ostrym słońcu trzeba mieć jakąś własną parasolkę. przy wysokiej cenie samej doczepki to dziwne, że to taki golas. 
  • daje się wsiadać do autobusów i tramwajów niskopodłogowych - nie jest to może najłatwiejsze, ale jak troche się podtrzyma wózek+buggy z tyłu to nawet nie gubi się przy tej operacji dzieci :)
a w ogóle to ciekawostka - do tej pory nasz buggy był jedynym widzianym w okolicy i wszyscy oglądali się za nami z okrzykami "wow! jakie fajne, jakie sprytne!" etc. natomiast na wczorajszym spacerze widzieliśmy aż dwa inne pody! widocznie albo sami jesteśmy trendsetterami albo po prostu sprzęt się popularyzuje :)

ale tak poważnie to polecamy. z podwójnym wózkiem nie mielibyśmy szans!

24.07.2012

cześć kotku

homicek nauczył się mówić "cześć".

chodzi za kotem (-cicą) (kasi i michała) i mówi: "auuu (kotek), ceeść"

słitaśne :D

23.07.2012

a może nad morze?

w tym roku udało nam się pojechać na tydzień letniej klasyki, czyli nad Bałtyk. klasyki, bo Mama za młodu zawsze jeździła na długo na nadmorskie kempingi no i zamarzyło się jej odświeżyć te wspomnienia. tylko że tym razem to on miała doglądać gromadki (no, dobra, dwójki, w tym jedno niechodzące) dzieciaków. jak pomyśleli, tak zrobili.

byliśmy przez tydzień w sarbinowie, to jest koło mielna taka miejscowość i wrażenia ogólne są takie:
  • pogody nie było. totalnie nie było pogody potrzebnej do opalania się nad morzem, chlapania w kałużach, pławienia przychówku (w osobie homika który wodę UWIELBIA). od przyjazdu były chmury, przerywane deszczem i rzadkimi (słownie: trzy razy) dłuższymi przebłyskami słońca spomiędzy chmur. do tego wiatr (no dobra, nad morzem w końcu bylismy), większy wiatr, fale, i zimny wiatr. nie dało się niestety wypuścić Homika na pełne wody i nie wyszalał się bidny tak jak marzyliśmy że się wyszaleje. może za rok..
  • morze jest fajne - w końcu w warszawie jednak nie poleżysz za parawanem (ok, za parawanem to akurat moge) gapiąc się na fale. tzn bez przesady, gapić to było się trzeba na Homika, żeby sie nie spławił do szwecji. fale są jednak cool, nawet jeśli jest zimno i nie można wejść do wody i przyjąć je na klate lub główkę (tzn. można, ale umówmy się, nie przy 17 stopniach i wietrze 4B)
  • miejscowości nadmorskie przypominają skrzyżowanie krupówek z wiejskim odpustem; jadąc wzdłuż głównej drogi/uliczki w sarbinowie, nie wiedziałem na co zwracać baczniejszą uwagę: na pokłady budzącego zdumienie badziewia na straganach, na porażającą brzydotę samych straganów czy na pieszych którzy mimo chodników (wąskich) wylewali się na środek drogi. tam gdzie chodników nie ma (poza centrum wsi) to juz zupełna bonanza i walka o życie (pieszego, bo auto jak wiadomo nie tak łatwo połamać). nie lepiej było w chłopach, tylko ciut lepiej w kołobrzegu (choć to duże miasto, to nadmorski bulwar też daje w ryj festiwalem wszystkiego z chin). do mielna, szczerze, bałem się pojechać. chyba bym nie wytrzymał :D
  • standard nadmorskich kwater: bida. ok, to generalizacja bo byliśmy tylko w jednej, a inny udostępniony do wglądu był fajny, ale to był tzw. OW. nie w tym sensie że drogo i brzydko, ale w tym że owszem pokój schludny, ale niby trójka a miejsca ciut-ciut, tyle co dla wczasowiczów którzy rano wstają i idą na plażę i wracają późnym wieczorem gdy jest piękna pogoda; co do pogody patrz pkt. pierwszy. no i do tego akurat w naszym "pensjonacie" nie było żadnego pomieszczenia wspólnego, w ogródku nie było miejsca żeby usiąść sobie wieczorem na powietrzu - mimo że duży to nie było ani pół ławeczki - więc zaplecze socjalne ;) nie istniało. do tego na wyposażeniu pokoju dwie szklanki i dwie łyżeczki do herbaty; no, i meble. nie wiem, może naiwny jestem, ale spodziewałem się nieco więcej ułatwień. ok, była lodówka i czajnik, na korytarzu. Mama pytała jeszcze o pokoje gdzieś indziej, i usłyszała od pani, że dzieci też mają głowy a ona liczy od głowy (dzieci: 2 miesiące i 2 lata) więc 200PLN sie należy. nie polecam
  • żeby nie tylko że źle to: piasek nad Bałtykiem jest CUDOWNY
  • jedzenie we wszystkich miejscach gdzie jedliśmy przynajmniej przyzwoite, w porywach do dobre, lub bardzo dobre. żadnych ryb wycieranych szmatą, zlewek i świństw. nawet obiady typu "obiad dnia" były smaczne i było ich wystarczająco
  • za 10PLN można kupić zajebistego latawca, który nie dość, że lata, to w dodatku nie łamie się przy pierwszym dzwonie w ziemię i nawet fajnie wygląda (jak ryj smoka. kolory fajne!). no i nad morzem latawiec to niezły fun, zwłaszcza przy 4B
  • mimo otoczenia ośrodków wczasowych, nie byliśmy narażeni na nocne dyskoteki itp. było w porzo
  • wakacje z dwulatkiem są wymagające psychicznie i fizycznie :) mimo czasowej asysty dziadków, jest to ciągła walka o swoje :) o to żeby zdążyć na obiad, śniadanie itp. nieustające negocjacje. no, ale mama ma to na codzień, więc nie narzekam :)
  • wakacje z dwulatkiem są super bo dwulatek jest super. zaczyna mówić, jest samodzielny i wszystko rozumie. a dzieki temu, że na urlopie jednak nie ma innych zadań pobocznych pt. pranie, sranie, zmywanie i praca to i z przebywaniem z dziećmi i rodziną zostaje sama radość. polecam :)
  • jeśli jedziesz na wakacje z dziadkami to warto żeby dziadkowie byli zaraz za ścianą. lub najdalej 50m od ciebie. bo inaczej są mało wykorzystywalni.
także ogólnie spoko, z małymi uwagami (do pogody :P). za rok będzie tylko lepiej!

11.07.2012

grunt to wybrać dobrego misia

po pierwsze, Homik zżył się z misiem. zasadniczo miś jest pomocą wychowawczą ponieważ przyspiesza zasypianie, czasami przewijanie i ogólnie stał się dobrym kumplem naszego synka. kłopot tylko w tym, że akurat padło na misia dużego kalibru, tzn. może nie ekstremalnego, ale dość sporego (jakieś 3/4 homika). a spodziewamy się, że miś będzie z nami jechał nad morze, więc trzeba będzie dla niego wygospodarować miejsce w aucie . no ale jakoś się uda, w końcu to miś, od biedy pojedzie na dyszlu, albo coś :)

po drugie, homik nauczył się wielu nowych słów, włączając w to misia, który brzmi tak troche "miźś" - jakby nieco nadwyraźnie. ale to przesłodkie. poza tym wymawia ładnie tramwaj, "pan", "mimi" - to emilka, nasza opiekunka i wiele innych. super!

po trzecie - Wiewiurka. wygląda na to że dochodzimy z nią do ładu, wiadomo że rano śpi w porze naszego śniadania, potem w ciągu dnia i trochę przed kąpielą. a, no i w nocy śpi dość długo tzn. wychodzi nam że od 20 do 4 albo od 21 do 5 tej. spróbujemy pewnie  najbliższych dniach (może na urlopie?) przejść na system 22 - 7...hopefully :) to by oznaczało początek powrotu do ludzkiego spania. to znaczy, nie jest w sumie źle i tak w tej chwili, ale może być lepiej. ze spaniem zawsze może być lepiej :D

po czwarte...? jedziemy nad morze na tygodniowy urlop, a potem przenosimy się na tydzień do domu znajomych pod miasto żeby zaznać co to "wsi spokojna, wsi wesoła". będziemy orędować :) 

27.06.2012

haniebnie ubrudzeni o północy

otóż było jak następuje: Mama wczoraj miała wychodne, a tata do spółki z dziadkiem ogarniał dzieciaki. starsze dzieciako w miarę standardowo dało się obsłużyć - kąpiel, musli z serkiem, książeczki i śpi. młodsze natomiast w osobie wiewiórki po raz pierwszy miała być zalana na sen przy pomocy butelki. bo jak wiadomo - bez butelki z maminych wyjść ... wielki. mleko było naciągnięte i zamrożone, więc po kąpieli szybciutko chlup chlup chlup - wiewiurka wypiła mleczko i nastapiła klasyka gatunku - zalanie systemu laktozą i szybkie - nadspodziewanie - i bezproblemowe zaśnięcie w łóżeczku. w efekcie Wwka spała pięknie aż do wpół do północy, czyli grubo po mamy powrocie. no ale jak już się obudziła to głód był wielki - rzuciła się na pierś żarłocznie.
zanim jednak wstała na jedzenie - wydaliła produkty przemiany dużej ilości mleka z kolacji no i nastapił wyciek z reaktora :) akcja - przebieranie. no, ale że przed przebieraniem nie odbiło się dziecko (tata znaczy nie odbił) no to w trakcie Wiewiurce się nieco ulało i się zakrztusiła. nie ma rady - trzeba podnieść do pionu...i wtem! prrrrrrrrrrffffffff. poszło dołem. niestety, w tej chwili nie było już na pupie pieluszki :( efekt więc był taki, że zabrudzony kupą byłem ja, podłoga, pajacyk i sama Wiewiurka. pojawiły się więc o tej smutnej porze (północ...) dodatkowe przygody polegające na wymyciu W pod kranem. i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że kąpiel skutecznie ją wybudziła. a jak sie jest taką małą świnką to trudno potem zasnąć z poworotem. podobno Mama coś o tym wie, bo sama dzisiaj niewyspana jak siedem nieszczęść. no a dla Taty nauczka - never ever podnosić bez pieluszki :D

18.06.2012

szczepienie = zadowolenie

"ta, aha.." powiedzą rodzice. ale ja się będę upierał. byłem dzisiaj rano z Homikiem na szczepieniu (odra,świnka,różyczka) i jestem podbudowany! no, nie tylko tym, że H zniósł bardzo mężnie sam zastrzyk - bo to jedyny stresujący element całej operacji. poważnie, wizyta u lekarza to w sumie dobra zabawa, nawet balony rozdają i lizaki!
ale najbardziej jestem podbudowany postawą pań pielęgniarek. otóż, ani razu dzisiaj nie usłyszałem sakramentalnego "no, nie bój się..."! a zazwyczaj było to standardem, nawet jeśli Homicek wkraczał do gabinetu z ciekawością  i uśmiechem na buzi. zresztą, takie wywoływanie nieobecnego strachu powoduje też stres u mnie - bo widzę, że moje dziecko się nie boi wcale, ale że zaraz dzięki "życzliwym" podpowiedziom zacznie - bo sam poczuje napiętą atmosferę, stres pani pielęgniarki (żeby dziecko nie zaczęło płakać) i mój dyskomfort.
dlatego po stokroć brawo dla pań z przychodni na Dąbrowszczaków! oby tak dalej!

11.06.2012

ile razy dziennie...

...wydaje Ci się, że twoje dziecko ma coś z głową?

mi różnie, od wcale do kilkanaście w ciagu dnia. no bo są dni, kiedy Homik jest naprawdę super otwarty na współpracę, wypoczęty i zrelaksowany. wtedy wydaje się być całkiem normalny. są jednak dni, kiedy bolą go zęby, nie wyśpi się i przede wszystkim nie zużyje siły na placu zabaw. wtedy wieczorem jest armageddon! homicek biegą w tę i z powrotem, włazi na meble, kanapy, rzuca zabawkami i wydaje nieartykulowane dźwięki. normalnie nie poznaje się własnego dziecka! wobec czego patrzymy tylko na siebie z Mamą z rezygnacją i oczekiwaniem na zużycie resztek homikowych baterii. ale to podobno nic, on ma niecałe dwa lata. a Ciocia z Niemiec zapytana o to kto podmienia dzieci w wieku dwóch lat odpowiedziała: "dwa lata? poczekaj aż będzie miał trzy..."
no więc czekamy. no oczywiście w międzyczasie uczymy homicka mówić, bo coraz więcej paple po swojemu, i przy okazji po naszemu też. nauczył się m.in. "boje sie", "mały", "traktor" i "tran" (to dawno), "papier", "jajo". w ogóle robi się z dnia na dzień coraz mądrzejszy.

jeszcze słowo o wiewiurce: z nią na razie kontakt ma głównie mama w związku z mlecznym biznesem, ale nie powiem - ja też mam swoje pięć minut, zarówno za dnia jak i w nocy. troche - przez te nocne balety - już się czuje niewyspany w nawarstwieniu, mama zresztą też, ale jakoś dajemy radę. Wu powoli przyzwyczaja się do ludzkiego rytmu, i jak tylko nie boli jej brzuszek to i je, bawi się i śpi ładnie. jeszcze ciut i zupełnie myślę będzie można przy niej w miarę normalnie żyć.

trzymamy teraz kciuki za Ciocię z Niemiec, bo też spodziewa się małego bąbla (już na dniach)!

29.05.2012

powrót taty....

....do pracy odbywa się chyba dość gładko, tzn Mama po pierwszym dniu nie popadła w katatonię i nawet jeszcze się wieczorem uśmiechała. były ponoć ciężkie momenty na placu zabaw (wiewiurka nie śpi i robi kupe, homik fika po zjeżdżalni i którym tu sie najpierw zająć?), ale ostatecznie dzielna Mama zadeklarowała, że da radę. wspierać nas będzie Opiekunka przez duże O, więc jesteśmy dobrej myśli.

z innych nowości to tyle, że Wiewiurka jest już po 3 tygodniach tak duża jak Homik po 2-3 miesiącach - ok, urodziła się większa, ale też lepiej je i jest bardziej atletycznej budowy, o ile mozna tak powiedzieć o noworodku :) tak czy siak, jest w porządku. mało ją słychać, zaczyna ładnie spać w nocy i my też uczymy się jej trybu bycia i życia.

Homik natomiast coraz więcej gaworzy no i przede wszystkim nauczył się nowego słowa - "TAK"! o tym że mówi świetnie "NIE" już pisałem, ale TAK jest nowością. póki co to migane "tak" (homicek kiwa głową), ale wyraźne i skuteczne. poza tym to rozwija się chyba tak żywiołowo jak każdy dwulatek. a, ostatnio u Cioci tresował psa tj. rzucał patykiem. to nic że na max 1,5 metra i prawie za każdym razem centralnie w psa, ważne, że oboje (bo to suka była) mieli ubaw po pachy. Homik to nawet po pachy w piachu :)

21.05.2012

buggypod io - pierwsze wrażenia

szukaliśmy rozwiązania na dwójkę dzieci, przy różnicy wieku prawie 2 lata. nie chcieliśmy wchodzić w ciężkie dwuosobowe wózki, bo do windy by nam nie weszły (chociaż tak praktycznie i jezdniczo to są najwygodniejsze chyba). wybraliśmy w końcu tzw. dostawkę dla starszego dziecka, nie było innych w zasięgu wzroku, więc przy dyskretnym sponsoringu dziadka zakupiliśmy buggypod io. (sorry, nie ma zbyt wielu takich opcji na rynku, żaden to sponsoring czy coś).

po wyjęciu z pudełka wygląda fajnie, porządnie - solidne profile alu, duże kółko, twardy plastik, mocna tkanina na siedzisku. montaż - błyskawiczny, trzeba tylko mieć śrubokręt i dwa klucze ampulowe, zresztą są w zestawie. przykręcamy dwa zaczepy ze sprężynującymi guzikami na zasadzie opasek zaciskowych, dopasowujemy położenie zaczepów - tych na ramie wózka jak i tych na systemie nośnym krzesełka, regulujemy wysokość kółka, sprawdzamy, próbujemy kilka razy złożyć i rozłożyć siedzisko i  w drogę! jedyny watchout to kwestia kompatybilności: nasz wózek (pliko p3) jest wypisany jako kompatybilny bez dodatkowego profilu (kupowany oddzielnie), ale w istocie - akurat minimalnie się łapiemy w standardowym systemie, ale naprawde prawie-prawie potrzeba dodatkowego trzymadła. najlepiej więc wziąć instrukcje (np. z sieci), odczytać możliwe ustawienia do montażu i dokładnie zmierzyć możliwe położenie uchwytów na ramie wózka - żeby potem nie kombinować za bardzo z umieszczaniem zatrrzasków.

no to jedziemy!

przeszkoda nr 1: winda. nasza ma strasznie wąskie wejścia, więc trzeba nieco pod'a przygiąć, żeby się zmieścić. w sumie odstaje dodatkowo jakieś 12cm, po zdjęciu kółeczka. jest ok. jak już się ustawi wszystko na chodniku i rozłoży krzesełko, wsadzi dziecko - jedzie gładko, w miarę wygodnie, trzeba jeszcze tylko dobrać długość taśmy spinającej górę poręczy pod'a z ramą wózka. dziecię wygląda na zadowolone, wsiada chętnie. prowadzenie - póki co dziecko w gondoli jest małe, więc to ono jest dostawką do pod'a ;) i nieco "ściąga" na stronę starszego, ale to pewnie zależy trochę od wózka. nie przeszkadza zbytnio. inych przeszkód w zasadzie nie ma - no chyba że wystąpią trudności w podróży kombinowanej piechotą + komunikacją - to jeszcze napiszę.

brakuje nam tylko parasolki chroniącej homika przed słońcem - tzn. jest w opcji, ale za kolejną kasę, więc po prostu jutro weźmiemy tę co mamy do zwykłego wózka.

no i tyle początkowych wrażeń. jak coś to napiszę więcej.

podwojne uderzenie

no wiec ok, mamy od dówch tygodni dwójke dzieci i wciąż niebo nie zwaliło się nam na głowę! Znaczy, może to wszystko się jakoś uda.

szcześliwym trafem, po zakończonej żółtaczce mama i wiewiurka wróciły do domu po ośmiu dniach spędzonych w Szpitalu (btw. szpital na Madalińskiego - tylko tam rodzić, szkoda czasu na inne..ale o tym może przy innej okazji). teraz już wszystko gra i się wdrażamy :) do dwudziecięctwa.

osobiście przeżyłem to już pierwszego wieczoru z homikiem i wiewiurkom w domu - jak już niby W zasnęła, a H już się kokosił w łóżeczku, to chciałem pójść do H i Mamy na czytanie bajek - a tu o, przecież ona ta mała tam sama leży.. i co zrobić? tak jakbym poczuł że w mojej głowie właśnie pojawił się nowy procesor dedykowany dla Wiewiurki :) ale, dalej życie nie pozwala na filozofię :) od rana do wieczora program zapełniony, a do maila można usiąść spokojnie po 22, jak już homik i mała śpią grzecznie w łóżeczkach. o ile z h to nie nowina, o tyle wiewiurka dopiero się uczy życia rodzinnego i tego w jakich porach można wołać o jedzenie i inne świadczenia z ZUSu.

a na bieżąco jakoś leci: mała póki co nie wymaga aż tak wiele uwagi - najwięcej od mamy w ramach karmienia piersią, powoli już dochodzą do porozumienia z rytmem, ilością itd. czasami laska nas zaskakuje nagłą kupą w czasie przewijania, ale taki los. 

więcej energii pożera Homik, bo jak sie go nie wyprowadzi na dwór dwa razy dziennie to kończy się dewastacją roślinności na balkonie w ramach eksperymentów aerodynamicznych :) niemniej jednak jest kochany, przytula się do siostry, głaszcze po główce i jest ogólna sielana. na powietrzu zaś wywija ostre harce na wszystkich okolicznych placach zabaw i naprawdę daje czadu. wczoraj np pierwszy raz w życiu bawił się w berka, a w zasadzie to był bawiony, bo okazało się, że ma w rękach samochodziki które spodobały się innym dzieciom, więc one za nim. więc on ucieka, więc one za nim itd. bawił się dobrze, niezależnie od dwóch "zająców" złapanych po drodze.

życie rodzinne..no czas dla siebie (ja i Mama) mamy po 22 praktycznie - po wszystkich dzieciozmaganiach (cyt.), zupach, kupach, zmywaniach i porządkach dylemat standardowy nr 1: spać, robić coś razem czy coś oddzielnie. wszystkiego na raz się niestety nie da :(

już wkrótce kolejne doniesienia.

ps. a, dobry tekst dzisiaj mama posłała: wchodze dziś do pokoju gdzie mama karmi wiewiurke, homik w wannie robi porządki. no więc ide i mówię "boże, jaki ten chłopak jest już wyczerpujący", a na to mama "wyczerpujący? nooo, a on nawet jeszcze nie mówi" :). so true.