5.11.2013

pierwsze piosenki

dzisiaj właśnie usłyszałem jak Homik sam śpiewa piosenkę poznaną na rytmice w przedszkolu! no i wracając z przedszkola, gdy słyszał dobiegającą z rytmiki innej grupy piosenkę sam podjął ochoczo śpiewanie! fajnie, strasznie się z tego cieszymy. aha, no i zaczyna mały H wykształcać jakieś nowe pokłady abstrakcji, po przy okazji Święta Zmarłych dopytywał o śmierć, o to czy babcia w grobie się rusza i inne takie. trudne dla rodziców et all., ale niezbędne pytania. dzisiaj za to w przedszkolu na rano była pani Madzia zamiast Pani Ani co wymagało niezbędnego przypomnienia: "Tato powiedz Pani Madzi że ja nie leżakuje!"

poza tym Wu  ma 12 zębów, mówi tak i nie (oraz zamaszyście kiwa główką) i wszystkiego się już można od niej dowiedzieć, zadając odpowiednią liczbę odpowiednich pytań (naturalnie, ta podwójna odpowiedniość jest tutaj kluczowa :) niestety z grobingu u dziadków przywlekła jakieś tałatajstwo, no i nocami gil ją zalewa, co w połączeniu ze złym samopoczuciem, niemożnością łatwego zaśnięcia i mamą atakującą znienawidzoną fridą powoduje, że słodka za dnia dziewuszka zamienia się nocą we wściekłą harpię, wydzierającą się wniebogłosy (sorry, sąsiedzi...) jakby ją ze skóry obdzierali i jest ogólna awantura. efekt - nocne warczenia na siebie, niewyspanie, słabość i żałość. no ale rano Wuwu budzi się jak skowroneczek i wszystko jest OK, przynajmniej tyle dobrze...

no, to tymczasem.

21.10.2013

jesienny gil atakuje

tak, przedszkole ma swoje dobre strony, ale akurat podstępne bakterie do nich nie należą. od początku września bowiem homik pilnie uczęszcza do pobliskiego przedszkola, i ogólnie jest fajnie. niestety uparcie nie spał w czasie leżakowania, więc po 2 tygodniach wieczornej walki ze zmęczonym do nieprzytomności trzylatkiem odpuściliśmy i odbieramy go wcześniej (tylko i wyłącznie dzięki temu że mamy też wciąż opiekunkę dla Wiewiurki - dziękujemy, Pani Kasiu!!), a leżakowanie robi w domu i jakoś daje nam potem żyć :) no ale - bakterie: 3 tygodnie temu wpadaliśmy w brzydkiego gluta, najpierw homik, potem małe Wu, potem my. przeszło. po karencyjnym poniedziałku we wtorek mały poszedł do przedszkola, i bach! od środy rano gorączka, i to jaka - wprost pod 40 stopni. spoko, pomyśleliśmy, bywa, przejdzie za dwa dni, no ale niestety nie przeszło, i zaczęliśmy się niepokoić...nasza ulubiona lekarka co prawda powtarzała, żeby zachować spokój grabarza, no ale trudno o to jeśli dziecko ma co chwila prawie 40 stopni...grunt jednak, że przeszło po 4 dniach i odetchnęliśmy. teraz jest już z powrotem w przedszkolu i mamy nadzieję, że na jakiś czas spokój.

w ostatni weekend natomiast wielki eksperyment! w związku z potrzebą udania się na parapetówkę namówiliśmy naszą superbabcię na nocleg z dziećmi. u babci :) ja osobiście miałem pewne obawy, szczególnie po ostatnim tygodniu, kiedy Wu budziła się średnio co kwadrans w nocy, chyba sprawdzając czy jestemy gdzieś blisko...no ale udało się koncertowo, poza tym tylko, że babcia ma mniejsze łóżko niż my i chwilami nie mogła się z tym towarzystwem pomieścić. my jednak dzięki temu mogliśmy przespać cięgiem 6 godzin, co od dawna już nam się w domu nie przydarzyło. bosko. impreza też nie była najgorsza ;)

ja jakiś czas temu zaliczyłem doroczny wyskok na PG World Cup, tym razem koło Tarragony. intensywny wyjazd, było fajnie. cieplutko, palemki, niebieskie morze, weekend z piłką nożną (mniejsza o wynik sportowy...), szybkie zwiedzanie Barcelony, plus spokopiknik z Wujem Ronchą i ich małym Felicjanem w Villers-la-Ville po drodze w czasie długiej przesiadki w Charleroix....to był udany weekend :D no i oczywiście trochę odpocząłem od domowych pieleszy, a tutaj siekierka na cześć mojej wspaniałej żony, która z pokerową miną mówiła "jedź kochanie, jedź!" ocierając jednemu i drugiemu dziecku na przemian gila sięgającego pasa...

a, byliśmy też wcześniej wszyscy w Jaworzynie Śląskiej na Gali Parowozówi była moc! konkretnie, głośno, sapaliśmy i spływała z nas tłusta oliwa, ekstra! zapach palonego węgla unoszący się nad całą miejscowością w ten dzień miał dla mnie w sobie coś.....magicznego? eh, parowozy...no i do tego zawsze miły i fajny Wrocław, z Szoszonami w roli gospodarzy. super!

no i jeszcze szybki update rozwojowo-warzywny: dzieciaki rosną, zwłaszcza homik który się ostro wyciągnął i wydłużył już od samych wakacji. przedszkole widać wpływa na niego nieźle, tym bardziej, że często sobie sam cośdłubie w klockach (to było) i podśpiewuje (tego nie było!), poza tym zapamiętuje wierszyki i inne krotochwile. poza tym sam z nas sobie żartuje, robi coś zabawnego po czym mówi, że to taki "zart" :) grałem z nim zresztą nawet ostatnio w memory, i całkiem nieźle mu szło. ma swoje momenty, czasami emocje i złość są dla niego trudne do wyrażenia, ale zasadniczo jest superfajny. uczymy go radzenia sobie z tym, że w końcu nie wytrzymuje zabierania zabawek i zaczyna się w sensie dosłownym odgryzać...to dla niego trudne i nie od razu do opanowania. ale damy rade.

Wiewiurka natomiast śmiga już bez problemu na obydwu nogach, i zaczyna powtarzać - na razie po swojemu - dużo różnych słów. najwyraźniej póki co wychodzi jej "dziękuję" po jedzeniu, ale całą resztę daje się z nią ustalić zadając odpowiednie pytania - świetnie kiwa na "tak" (nieprawdopodobnie uroczo!) i na "nie", więc odrobina cierpliwości i wszystkiego się można od niej dowiedzieć. trudno jej chyba teraz jakoś, bo nocami często się budzi i najchętniej zachowałaby "stałe łącze" z mamą, no ale tak się nie da, i wszyscy musimy się tych nowości nauczyć. poza tym z innych milestone'ów to nauczyła się zczepiać klocki i chętnie przegląda sama książeczki. 


4.09.2013

piaski, ach, piaski!

byliśmy nad morzem. i szczerze mówiąc, nie przypuszczałem że kiedykolwiek to powiem, ale było SUPER! po zeszłorocznej wyprawie do Sarbinowa nie byłem nastawiony entuzjastycznie - było tam w sumie daleko, tłoczno, pełno straganów z nadmorskimi artykułami z PRC i do tego dochodziły trudności związane z logistyką no i z tym, że Wu miała tylko 2 miesiące, a Homik niecałe 2 latka. to oznaczało, że ona jeszcze kompletnie nie uczestniczyłą w tym urlopie, a H natomiast próbował za wszelką cenę wbiegać do morza, tak był nim zafascynowany. w połączeniu z niezbyt udaną pogodą i zimną wodą powodowało to prawie ciągły alert, konieczność częstego przebierania i w efekcie niezbyt to wszystko było relaksujące.

tym razem jednak pogoda była typu "żyleta" - słoneczko, lekka bryza, czasem chmurka dla oddechu i tylko jeden deszcz na całe 9 dni! po prostu bosko. no i do tego idealna wręcz miejscowość dla nas - Piaski.....hmmmm, dosłownie 3 sklepy, 2 knajpy, jedna kawiarnia, 3 stragany z zabawkami, reszta to domy i kwatery. i koniec. tak, po prostu koniec. w porównaniu do Krynicy, czy nawet wspomnianego Sarbinowa, Piaski to wręcz oaza spokoju. spacer po miejscowości to relaks, a nie ciągłe unikanie straganów które wychodzą wulgarnie na połowę szerokości chodnika i kuszą dzieci kolorami. miejsca "na rybkę" i knajpy czyste, kulturalne z dobrym(!) i niezbyt drogim jedzeniem, no i kawiarnia z mistrzowską kawą i deserami (ceny co prawda warszawskie, no ale...). dla kontrastu spędziliśmy w ciagu tego tygodnia pół dnia w Stegnie i  - never ever again....

a plaża? ....hmmm poezja....bielutki piasek, prawie zero śmieci, szeroka, niezbyt zatłoczona plaża - czegóż chcieć więcej? rozkładaliśmy się więc ochoczo na plaży w pobliżu jednego z plażowych barów w stylu florida beach i oddawaliśmy się z błogością wypoczynkowi, każdy na swój sposób. mama - z książką lub gazetą, tata z homikiem - budowlanką plażową, wiewiurczak - ogólnorozwojowym pełzaniem po piasku i kałużach (nie miała z tym kompletnie problemu). ponieważ było ładnie i ciepło, nie martwiliśmy się o ubrania, a jedynym naszym zmartwieniem było żeby dokładnie wysmarować dzieciaki "50"tką i żeby czapki nosiły. no i relaks...naprawdę relaks! homik oczywiście wymyślał setki plażowych zabaw, włącznie z pakowaniem piasku do czapki i zakładaniem sobie na głowę. a co!

ogólna zaletą plaży w piaskach jest to, że jest oddalona jakieś 700m od miejscowości - trzeba przejść przez wydmę i las. czemu to zaleta ? a temu, że dzięki temu nie ma na plaży zbyt wielu ludzi, bo choć jest parking i droga z płyt do niego, to jednak pojemność parkingu jest ograniczona i ci najbardziej leniwi wybierają miejsca z łatwiejszym dostępem. dla nas, nie powiem, też było to małe utrudnienie, ale bez przesady - pakowalismy graty na wózek wiewiurki, homika mama brała na hol na jego rowerku biegowym (strzał w dziesiątke!) i wio - kwadrans i byliśmy na miejscu! a i zdrowy spacer zaliczaliśmy po drodze.

warto też wspomnieć o kulinarnych aspektach naszego pobytu - żywiliśmy się albo w jadłodajni gdzie smaczne porcje miały monstrualny rozmiar (najedliśmy się raz WSZYSCY jedną porcją zupy i jedną porcją kotletów mielonych), albo w plażowej smażalni gdzie ryby na patelnie radośnie wchodziły prostu z kutra! mniam. naprawdę, bez zastrzeżeń. no a popołudniu wspomniane pyszne kawy i desery w kawiarni z widokiem na Frombork.

wieczorami zaś trenowaliśmy zasypianie wg różnych metod, zebranych w ciagu dnia od zaprzyjaźnionych rodziców na plaży i w knajpach - no i najlepszą metodą jest jednak wyszykować towarzystwo i zgasić światło "na ciemno". skuteczność o różnej rychliwości, ale jednak 100% procentowa :D polecamy, bo jednak w jednym pokoiku we 4 ciężko to ogarnąć trochę.

na zakończenie urlopu homika przekazaliśmy dziadkom którzy spędzali urlop w Sarbinowie, a sami udaliśmy się w odwiedziny do Toma w Gdańsku. trzy miłe, wypełnione spacerami i zwiedzaniem dni, miłe przegadane wieczory. fajnie, po prostu fajnie.

no i tak - było po prostu super. wracamy na mur beton za rok!~


22.08.2013

fąfle dwa

odzwyczaiłem się i znów dłuższa przerwa, a to źle, bo teraz akurat codzień prawie coś nowego jest i to ważne różne rzeczy!

na przykład przedwczoraj (20 sierpnia) Wiewiurka postawiła pierwsze samodzielne kroki! na razie to nieśmiałe próby i jednak jeszcze częściej zasuwa na czworakach niż na piechotę, ale jednak! będziemy pomagać i zachęcać, żeby doskonaliła umiejętności.

nie tylko zresztą chodzenie się pojawiło. zgodnie z teorią (no, może nie teorią, prawidłowością), że największe skoki rozwojowe wywołują różne wyjazdy, przydody itd., podczas wyjazdu z Babcią na wieś (w tym czasie tata ładował akumulatory w domu robiąc, co mu na myśl przyszło) małe Wu nauczyło się rozpoznawać zwierzaki i do repertuaru miauczenia i szczekania doszedł odgłos osła, kury (przesłodkie kuokuokuo) i inne. wcześniej zaś nad morzem - o czym szerzej tutaj - w zasadzie opanowała sztukę samodzielnego stania. poza tym sama je łyżką albo widelcem (ma 15 miesięcy), pije z kubeczka bezdziubkowego i myje sobie zęby (no, dobra....tak to wygląda). no ale dla równowagi jeszcze wciąż dziarsko trzyma się maminej piersi, nad czym bolejemy bo jeszcze nie możemy wrócić do normalnego trybu spania....całą noc. aktualnie prowadzimy prace nad odzwyczajeniem, czemu ma sprzyjać zamiana sypialni (my przeniesliśmy się do mniejszej a dzieci zajmują większą) i nocne negocjacje, dzięki którym czasami Wu akceptuje kubeczek zamiast mleka :) ja akurat biorę w tym aktywny udział, przez co współczynnik wyspania mi spadł, no ale trudno. jakoś musimy to przetrwać jeszcze te kilka dni.

poza tym między dzieciakami jest coraz więcej interakcji - przede wszystkim takiej fajnej pozytywnej - Homik często coś małej tłumaczy, co robić, czego nie robić a także w rozczulający sposób ją pociesza "Wuwu, nie płacz..jesteśmy" - po prostu tak jakbyśmy słyszeli siebie, tylko przez jego usta. razem też się wściekają przed snem, chętnie się razem kąpią i w ogóle bawią, no i oczywiście Wu jest małą papużką - chce robić wszystko to co brat. cieszymy się patrząc na to jak razem uczą się żyć i sobie nawzajem pomagać. są czasem trudne momenty, gdy spierają się o zabawki albo gdy jedno z nich ma wyjątkowo podły humor, ale uczymy się radzić sobie z takimi sytuacjami. Homik zresztą potrafi powiedzieć już, że jest zły, albo że mu przykro i ja osobiście uważam że to nasze wspólne duże osiągnięcie. jego emocje są oczywiście czasami trudne do opanowania dla nas, dla niego tym bardziej, jest w końcu malutki, ale umiejętność ich nazwania jest wg. mnie dla niego sporym krokiem w kierunku dobrego poznania siebie i stawania się coraz fajniejszym małym człowiekiem.

aha, no i oczywiście H. idzie wkrótce do przedszkola, więc zobaczymy też jak sprawdzą się umiejętności których do tej pory staraliśmy się go nauczyć :)

19.07.2013

demoniczne zęby i inne mrożące krew w żyłach historie...

tym razem minęły 2 miesiące prawie od ostatniego posta, bo nowinek co prawda nie brakuje, ale jakoś się zebrać nie mogę...bo najgorzej wychodzi jak się chce napisać tekst "programowy", o czymś, i się go na siłe chce wymyślić. najlepiej natomiast zacząć od tego co na bieżąco jest, wtedy jakoś samo "płynie"....

na bieżąco zatem mamy w domu rzyg i sraczkę, bo skądś - podejrzenia wskazują na Kasię, opiekunkę - przyszedł do nas podstępny wirus :( zaczęło się w sobotę o północy, Zuzia nie chciała zasnąć i w końcu swoją niechęć skwitowała obfitym wymiotem. Czynność powtórzyła jeszcze potem dwukrotnie. Jak zwykle w takich momentach nie wiadomo co robić, czy faszerować smectą, dicoflorem, czy dać spokój - i tu porada - najlepiej dać spokój, bo w pierwszej fazie wszelkie płyny odbijają się od dna żołądka i wracają do nadawcy :P Rozważałem też podróż do Apteki w Płocku (bo akurat pojechaliśmy po homika do dziadków, ale o tym potem), w sam raz nocna wycieczka...Tak czy inaczej w niedzielę rano nastapiła ewakuacja dzieci z okolicy, żeby uniknąć zarażenia, bo inne dzieci mogły zarazić kolejne małe dzieci. No bo, to akurat był koniec tygodniowego turnusu homika i jego brata ciotecznego u dziadków - turnusu pełnego niebywałych atrakcji takich jak pływanie pontonem, lesne biwaki, wizyty w skansenie i udział w dojeniu krów! Pełen czad. no i akurat pojechaliśmy homika od dziadków odebrać i poranna ewakuacja miała uchronić kuzyna i jego siostrę przed załapaniem backyla, co jednak się nie udało, jak okazało się we wtorek. We wtorek bowiem objawy ujawniły się u Ciocasi, dziadka i starszej kuzynki. Wesoło, co ? Aktualnie więc body count wynosi 8, bo nie wspomniałem o tym że po powrocie do domu, w poniedziałek, ja, Mama i Homik również zostaliśmy ścięci przez grypke. Ja pracowałem spod koca, Mama spała do południa, a homik zasadniczo przespał calutki dzień. Tylko sprawczyni zamieszania, Wiewiurra, była już rześka i wesoła i tylko czasami wypuszczała rzadziznę bokiem. już nam przechodzi ale profilaktycznie eliminujemy się z życia towarzyskiego, spotkań, urodzin i nawet babcie oszczędzamy rezygnując z wieczornego wyjścia na koncert.

Tyle grypa. Czy wspomninałem że jednocześnie Wiurce rosną zęby i nie da się jej uśpić inaczej niż w leżaku? no to wspominam :)

w tak zwanym międzyczasie WuWu zaczęła prawie stawać, już nawet jak się zapomni to stoi, chodzi przy meblach i włazi na krzesła. poza tym lubi śpiewać i grać na pianinie, zwłaszcza z dziadkiem, podobnie zresztą jak homik. poza tym jest okropnie przyzwyczajona do zasypiania w leżaczku, i to problem niestety. nie mamy pomysłu na odzwyczajenie aktualnie...ze spaniem jest ogólnie problem taki, że dzieci śpią albo koło nas, w zasadzie w łóżku z nami. to niby naturalne, ale mi jednak troche przeszkadza. hipoteza robocza jest taka, że wyniosą się jak je w końcu zakwaterujemy w jednym pokoju, razem. no zobaczymy...

Wiewiurka poza tym troche mówi już: mama, tata, daj, bujubuju no i donośne MNIAM. aha no i umie jeść widelcem takie rzeczy które się da w ten sposób zjeść, łyżka i płyny to jeszcze nie ten poziom, ale też już nieduzo brakuje. kubki, szklanki i inne naczynia do picia już dawno opanowała i kubeczka 360st uzywamy już tylko do spania praktycznie. szybko, nie ?

Homik natomiast dużo mówi, dużo pyta, np wczoraj spytał jak sie nazywa ta kulka po której chodzimy - chodziło o ziemię :) i potem co ona robi - no kręci się. a dlaczego? bo masa, bo grawitacja, bo słońce...przyjął. wchodzimy do domu - "mamo a wiesz że słońce ma olbrzymią masę i tak się to wszystko kręci... ?" i pokazuje jak ziemia lata wokół słońca...:D słodkie.

co więcej? ostatnio na topie jest piłka i rower z pedałami w kształcie kwiatków, który H widział będąc na zakupach w Tesco. wydaje się to lepszym rozwiązaniem niż otrzymany ostatnio rowerek trójkołowy i w tym kierunku zamierzamy dążyć.

ogólnie to jednak trzeba być z gumy. mieć gumowe nerwy, gumowy czas, gumowe talerze i gumowe oczy, bo dwa małe bąble to nie jest coś co daje w 100% się wyspać. oczywiście, sami się do tego przyczyniamy, bo zamiast iść jak ludzie spać o 23, to się szwendamy do 1szej, a potem wstać ciężko. ale z drugiej strony, jak dzieci idą ostatecznie spać o 22 albo óźniej, to kiedy obejrzeć film, chwilę pogrzebać w ważnych sprawach, pograć, wziąć prysznic, poprzytulać się ? no niestety tylko wtedy....a oczy jak się okzazuje z gumy nie są :D

tyle aktualności. postaram się wrócić tu szybciej niż za 2 miesiące :)

8.05.2013

się nazbierało....

dzisiaj nasza mała dziewczynka kończy rok. bynajmniej, nie jest słodkim, ubranym na różowo ciupciulkiem. jest umorusanym, wysmarowanym piachem, farbami i brokułem raczkującym bolidem, który gromkim głosem domaga się różnych przedmiotów, głośno woła "NIAM!!!!" kiedy chce pić i wyrywa dzieciom na placu zabaw łopatki. that's our girl!!
ale ponieważ nie było mnie tu troche, to cofnijmy się o prawie miesiąc wstecz.

po pierwsze, nie udało nam się dotrwać przez ostatnie śniegi do wiosny i w połowie kwietnia dopadła nas grypa żołądkowa, czy tam coś, w każdym razie z rzyganiem i słabizną. tydzień wyjęty z życiorysu, odwołane chrzciny no i rozdaliśmy ją hojnie po rodzinie i znajomych :( no ale to już za sobą..

potem nastąpiło...dłuuugie wolne.

trzy tygodnie wolnego to świetna sprawa, zapomina się o pracy i wszystkim co jej dotyczy. o domu to nie, bo jeśli się w domu przez ten czas jest choć parę dni to i tak pranie cię dorwie. trzy tygodnie z racji mojego urlopu ojcowskiego (2) i wolnej długiej majówki (1) spędziliśmy różnorodnie i dość intensywnie. po pierwsze, ogarnęliśmy trochę w domu i garderobie, Mama posprzątała balkon, wywaliliśmy trochę niepotrzebnych ciuchów. to była przygrywka, bo w połowie pierwszego wolnego tygodnia ruszyliśmy na południe, do Wrocławia, gdzie byczyliśmy się na różnych trawnikach, placach zabaw i w knajpach w towarzystwie dobrych przyjaciół. Wrocław nieodmiennie nas zachwycił i wciąż nas kusi żeby się tam przenieść. no, ale to nieprędko raczej chyba. potem przyszła kolej na Czechy i praskie place zabaw (polecamy ten przy dolnej stacji kolejki na Petrin). Z dziećmi to raczej sie człowiek nie nazwiedza, tyle co na zewnątrz, plus drobne zaglądania do wnętrz. ale Praga jest piękna, bez dyskusji i powiedziałbym nawet że takie luźne włóczenie się daje lepszy pogląd na miasto, niż podążanie utartymi szlakami. ludzi jednak chmara, choć to przed sezonem. strach pomyśleć co się dzieje w tzw. sezonie. zamieszkiwaliśmy w hostelu na szczycie Petrina (Strachov) - zgrzebnie ale schludnie, przyzwoicie, tanio no i blisko do starówki. samo wzgórze jest piękne, kwitły akurat śliwki...cudnie. 

po dwóch dniach ruszyliśmy w czeskie Góry Stołowe, w okolicy skalnych miast w Teplicach i Adrspachu. to były miłe dwa dni spędzone w cichym zakątku w domu przy strumyku. homik mógł się wykazać we wspinaczce skalnej, wwka ulepszała swój warsztat raczkowania. sielana. standard "pod niemca", chociaż nietanio, ale za to bardzo sympatyczni gospodarze. mówili, że mamy szczęście że przyjechaliśmy przed majówką, bo od majówki ponoć zaczyna się masakryczny tłok. i fakt, większość lokali usługowych typu bary, restauracje pozamykane, dopiero szykowali się na letni nawał. potem jeszcze jeden nocleg we wrocławiu, i do domu. ostatni tydzień spędziliśmy w połowie w domu załatwiając sprawy no i wygrzebując się z tych dwóch walizek ciuchów brudnych. na koniec trzy dni na zielonej trawce u mnie w domu.

dzieciaki świetnie to wszystko zniosły, no może poza katarem przywiezionym chyba z Wrocławia. homik ogarniał wszystkie dostepne na placach zabaw (i nie tylko) zabawki, wuwka odkrywała piasek (wow, prawdziwa fascynacja!) i wypuszczała się na dłuższe eskapady, zresztą już w Warszawie nie ma zupełnie zahamowań przed łażeniem po całym placu zabaw. poza tym zaczyna wstawać przy meblach i nogach, potrenowała kiedyś wchodzenie na szerokie schody zjeżdżalni na placu zabaw i jej się spodobało. porzuciła zupełnie jedzenie kaszy i je już prawie wyłącznie to co my, oczywiście w wersji light. a, no i mówi "da", "niam", "nie", "baba", "baaabaaa" (tzn "mleko"), "mama", "tata" i coś co przypomina "antek", aaa, no i miauczy jak kotek i robi "hau hau"

homik w tym czasie zaczął normalnie mówić, śmiesznie przekręca wyrazy i czasami próbuje trudne słowa wymówić kilka razy. jest to przesłodkie i fajnie się z nim rozmawia. umie już też wspólnie śpiewać, ale przede wszystkim realizuje się jako małpka na placu zabaw. włazi WSZĘDZIE i naśladuje najchętniej starszych chłopców i potem mówi "tato a tam wchodzą tacy chłopcy duzi. antoś też wchodzi,. tylko na dach antoś nie wchodzi a chłopcy wchodzą" itp. powoli też zaczynamy wychodzić definitywnie z pieluszki, w nocy znaczy, bo nawet już umie wstać w nocy i pójść na siku. no ale to jeszcze troche.

z innych spraw to niestety w łóżku mamy permanentną inwazję i często o poranku śpimy w 5tke (z kotem jeszcze, bóg łaskaw że przychodzi tylko jeden) i niektóre noce jeszcze są słabe zwłaszcza jak jest jakiś katar albo wiewiurcza niestrawność (co przy jej diecie dość częste), ale powoli, powoli zbliżamy się do "normalnych" nocy.

a jako że idą wakacje, zaczynamy planować już letni urlop. może jakieś pomysły? albo jacyś dzieciaci chętni na wspólny wyjazd (najlepiej gdzieś nad wodę!)

5.04.2013

a dlacego rackuje?

Na przekór zimie która najwyraźniej chce konserwować status quo, nasze dzieci uczą się co dzień nowych rzeczy i odpędzają nam nudę na duży dystans :) 
Po pierwsze, to wiewiurka nauczyła się wreszcie raczkować, aczkolwiek nie nadużywa tej umiejętności, być może z powodu oszczędzania kolan albo z jakichś innych. W każdym razie jak chce to wstaje na kolana i raczkuje aż miło, zazwyczaj chce wtedy kiedy widzi w zasięgu wzroku coś ciekawego i chęć przyjrzenia się temu czemuś przezwycięża chęć jak najszybszego dotarcia do tej rzeczy (jeśli po prostu chce jak najszybciej się gdzieś dostać, wciąż używa swojego wiewiurczego kraula). wydaje nam się też że zaczyna mówić "daj" i coś w rodzaju nie, tzn na razie kiwanie głową jest. Aha i przyuważyłem ją, jak się "czesze" szczotką do włosów wygrzebaną z walizki :)

Homik natomiast to mała gaduła, nawet w nocy jak go wynoszę do jego łóżeczka to budzi się i tłumaczy że "chce do mamusi łóżeczka"...no i weź mu wytłumacz. A w łóżku naszym ciasno, bo jest tam zazwyczaj już W i kot, na dokładke. H też ostatnio opanował nową technikę: znalazł pudełko z pastylkami na gardło, rozejrzał się wkoło, zobaczył nas i zrobił egzaltowane "ekhe ekhe" po czym "gardło mnie boli, chce tego cukierka na gardło". Mama się aż zgięła ze śmiechu...jejku, coraz więcej takich sytuacji, tylko że nie ma czasu na bieżąco zapisywać...

Z innych rzeczy akurat dziś smutnych...dzisiaj rano zmarła moja babcia, dożywszy prawie 90 lat. :( Jeszcze kilka dni temu w święta byliśmy u niej w domu i jeszcze z nią, biedną i mało kojarzącą, zrobiliśmy sobie - jak się okazało ostatnie - rodzinne zdjęcie. Jak dobrze, że nie zapomnieliśmy o tym w pośpiechu wychodzenia od niej z dziećmi bo dzisiaj bardzo byśmy tego żałowali. 

Odpoczywaj w pokoju, Babciu.

18.03.2013

dzisiaj rodzicom śmieje się gęba, bo u wiewiurki stwierdzono ZĘBA!

tak praktycznie to tytuł się zdeaktualizował, bo dzisiaj poniedziałek, a zęby wyszły w czwartek, no ale mniejsza o to.
poza zębami dużo zmian - wiewiurka sama siada i podnosi się na klęczki, no ale ponieważ mamy śliskie podłogi to jej się nogi rozjeżdżają i niezbyt raczkuje. trudno, bez tego można żyć, homik też prawie nie raczkował, a zasuwa aż miło, a nawet czasami niemiło bo aż za bardzo. grunt, że W jest żywa i wszedobylska, z tradycyjnym numerem "wyścig do kocich chrupków" włącznie, a także z grzebaniem w kociej kuwecie...poza tym zażera wszystko, im bardziej potrawa dorosła - tym lepiej.
homik natomiast dużo mówi, dużo kombinuje i wymyśla różne niestworzone pomysły. robi coraz więcej sam - potrafi sam zrobić siku i z powrotem się ubrać. z dodatkowych umiejętności wykazuje cięcie ubrań nożyczkami, np. spódniczke wiewiurki założoną niecałe dwa razy (jej, nie jemu :). najświeższe ze słowniczka:  ślimka (szminka), bzidkie kokoczko (brzydkie kaczątko) itd.

jeszcze słowo uzupełnienia, bo się Mama domaga: podczas mojego pobytu w Londynie, Mama bohatersko przebywała w domu z dwójką bachorząt, i przeżyła. bachorzęta również, co jest dowodem na wielką cierpliwość Mamy, i równie wysokie umiejętności wychowawcze :) ja sam sobie Mamy gratuluję, gdyż jest wspaniałą Mamą. jest też oczywiście też kochaną i najlepszą na świecie Żoną i pozdrawiam ją z tego miejsca serdecznie :*

a, zaobserwowałem też że Homik czasami tak bardzo się cieszy że nie potrafi tego chyba inaczej wyrazić (np. na widok babci), że ryczy jak smok, albo lew. aa, no i mówi nam czasem, że nas kocha (kocha też innych przyjaciół naszych i dzieciaki znajomych).

no i tak to wygląda. dobrej nocy,

4.03.2013

ociwiście

ociwiście to mówi homik, bo mówi coraz wiecej, śmielej i śmieszniej :) stoił itd. zaczął też sam, tzn po dobroci kłaść się spać w łóżeczku z wyjętymi szczebelkami(!), bynajmniej nie od pierwszego strzału, ale i tak widać znaczącą zmianę w jego podejściu do wieczornego spania. poza tym, w ciągu dnia, gada jak najęty, i powtarza po nas co drugie słowo, czasem zaskakując nas stopniem komplikacji. często sam zaczyna opowiadać np. co widać z samochodu (o, karetka!) itp. a hitem ostatnio był "kotodyl" zrobiony-wygryziony z wafelka w czasie jazdy (wcześniej była rybka też).

mała wiewiurka przestaje powoli być mała i zamienia się w turboszczura z doładowaniem. nie raczkuje tylko wciąż pełza energicznie po domu, znajdując wciąż to nowe obiekty do zbadania, zjedzenia i oblizania. no i jest niewiarygodnie ciekawska, wszystko chce dotknąć, sprawdzić, obejrzeć. używa już wielu zróżnicowanych głosek i domaga się podczas wspólnych posiłków tego, co jemy my. objawia się to np. tym, że przestaje skakać w krzesełku dopiero po otrzymaniu parówki, bo homik też je parówke. poza tym je mało i wybrednie, ale to nam sie tak zdaje, bo podobno opiekunce zjada wszystko. grunt że rośnie i robi dużo kup.

ostatnie dwa tygodnie były szalone, bo ja byłem 6 dni w Londynie, po czym zaraz po moim powrocie pojechaliśmy do Krynicy. sukces niebywały, bo udało nam się nawet parę razy zjechać, dzięki połączonemu wysiłkowi naszemu, naszych wspaniałych znajomych którzy opiekowali się dzieciakami i naszych wspaniałych darczyńców sprzętu narciarskiego! smak na narty został rozbudzony na nowo i w następnym sezonie koniecznie musimy powtórzyć tę operację. było tak czy siak sympatycznie, bo było dużo ciekawych, nowych osób, homik dołączał się chętnie do dorosłych gier i zabaw a wiewiurka w przerwach między eskploracją pełniła dzielnie rolę maskotki. było szybko, intensywnie i miło.

jeszcze słowo o londynie: lubie to miasto i robią na mnie wrażenie fajne, wizjonerskie pomysły zrealizowane zarówno w przestrzeni ulicy (dzielnica City) jak i w poszczególnych obiektach (jak Tate Modern, czy British Museum - wiem, wiem, wielkie nazwiska, ale to po prostu jest fajne i wzbudza podziw). szkoda, że u nas na razie mało gdzie widać zrealizowaną od początku do końca wizję, gdziekolwiek. poza tym oczywiście dużo ludzi, dużo knajp i wietnamskich barów, niewiarygodne metro i rozwiązania komunikacyjne, myszy hasające między torami  i wiele wiele innych fascynujących spraw. wystarczy na jeszcze wiele wizyt. szkoleniowych ;)

17.02.2013

bo we mnie jest zwierzę

czasem jest taki dzień, że po prostu jest ciężko znieść humory homika. wstał - płacz, przyszedł do nas do łóżka - płacz, po stokroć "NIE!" itd. wieczorem, po moim powrocie z pracy - płacz i ciągłe dążenie do działań niepożądanych (np mycia całej łazienki mydłem do rąk :) a więc konflikt...masakra.
jak do tego doda się niewyspanych rodziców, to jest słabo. im homik starszy, tym takich sytuacji więcej. taka jednak cena powolnego dorastania i wyrastania.

poza tym jednak sielana. okazuje się że umie on już powiedzieć ile ma lat, sam z siebie opowiada, coraz więcej i więcej, i nawet jakieś egzotyczne słowa wynajduje typu "kagun" (czyli kangur). szałem ostatniego miesiąca są nożyczki: homik wycina wszystko  i wszędzie - od siekania kartek na drobne, po eksperymenty na zasłonkach...i własnych ubraniach. specjalność: frędzle na rękawach. przy tym wszystkim jest bardzo pomocny (zwykle) i chętnie podejmuje proste działania w stylu mycie warzyw przed obiadem albo odkurzanie (fragmentaryczne, ale zawsze!)

Wiewiurka natomiast rozwija się szybciutko, wczoraj właśnie pierwszy raz sama usiadła podpierając się pudłem z zabawkami. do tego woła od już jakiegoś miesiąca "mama" (to zamienne "pić" i "mama", ale bardziej pić, bo przecież mama z tym się kojarzy), i głośno woła brata "Aaaa, Aaaaa". poza tym świetnie się bawią ze sobą i wyglądają wspólnie słodko bardzo. a no i najchętniej je to co my, czyli jak wzięte z talerza taty to ok. z własnej miski nie smakuje natomiast wcale. dzisiaj też wpadłem dopiero na to że przy śniadaniu domagała się tego co jadł homik czyli parówki. po wręczeniu jej ogryzka paróweczki była zadowolona i z entuzjazmem mlaskała :) wczoraj była natomiast mała awaria, bo W pierwsza przed mamą dotarła do nocnika w której homik zostawił małe co nieco....yuck!

tata dzisiaj natomiast wyjeżdża za granicę na tydzień i trzyma kciuki za mamę, żeby jakoś dała radę...

14.01.2013

w naszym domu słychać śpiew ptaków

było tak: któregoś razu Mama zabrała Homika do Ikei. tak na dziale z roślinkami w tle puszczone są głosy ptaków i homikowi okropnie się to spodobało - nie chciał wychodzić. to akurat problem z IKEA...bo jest więcej osób które mają trudności z wyjściem ;) w końcu Mamie udało się go wyciągnąć obietnicą, że w domu tez posłuchamy ptaków, a z obietnicami dawanymi dzieciom jest niebezpiecznie - bo nie wolno ich nie dotrzymywać, przynajmniej my mamy taką zasadę. H ma zresztą dobrą pamięć, coraz lepszą, i zaraz po wejściu do domu hajże! "try try, try try.." co w jego języku oznacza ptaszki (od ćwir ćwir). mieliśmy kiedyś od mojego taty płytę pt. "Jaki to ptak"...tylko gdzie? po chwili szukania płyta się odnalazła i jazda! od tego czasu jest przebojem :)

Homik wsiąkł w tę płytę od początku, za pierwszym razem siedział zasłuchany na kanapie (przy dużej głośności, bo większość ptaków cicho jest nagranych) gdy nagle rozległo się bębnienie dzięcioła! to dość gwałtowny dźwięk, więc homicek ledwo nie spadł z kanapy ze strachu i przyleciał do nas z płaczem...od tego czasu jednak dzięcioł jest clue tej płyty, chociaż uczucia homika są cokolwiek mieszane. 

przygoda z ptakami zresztą ma ciąg dalszy, bo Mamie przypomniało się, że mały dostał kiedyś też książeczkę Ptaki polskie z dużymi obrazkami i ona okazała się świetnym dodatkiem do głosów z płyty - my też przy okazji się czegoś uczymy, a homicek jest już w rozpoznawaniu całkiem sprawny! poza tym całkiem fajnie wymawia nazwy typu zięba (dźięba), dzięcioł i inne. pokazuje ptaki w książce zawodowo. a w tle często słychać głosy ptaków (choćby teraz :)

z innych nowości to wiewiurka dostała w zeszłą środę tzw. trzydniówki. szczęśliwie udało nam się przetrwać święta i sylwestra bez chorób, mimo, że spotykaliśmy dużo ludzi i dzieci, ale za to dopadło nas teraz. przez ostatni tydzień na zmianę wtykaliśmy czopki, wyciągaliśmy gile, Mama karmiła piersią bo nic innego nie było przyjmowane i wstawaliśmy w nocy co godzinę (dopóki nie zaakceptowaliśmy tego że ona po prostu zaczęła z nami spać :). dziś już jest dobrze, mała jest wesoła, je i nie krzyczy jak tylko zostawi się ją na 3 sekundy samą. jakoś mi przychodzi do głowy, że taka gorączka to przestawienie etapu rozwoju dziecka, bo wydaje mi się, że teraz ona jakaś taka inna...bystrzejsza, aktywniejsza, bardziej rozumna. choć pewnie to tylko złudzenie. 

jako dodatek zdjęcie torów jakie Mama z h (no ok, głównie Mama) wysmażyła z Ikeowej kolejki (mamy zestaw bazowy plus dwa "dodatki"). pomysłów można tym realizować co nie miara! na początek taki:



9.01.2013

z nowym rokiem nowym krokiem

no może niezupełnie całkiem nowym, ale mimo, że w tym roku nie czekają nas jakieś wielkie wydarzenia (takie jak w poprzednim), to zawszeć to i rok nowy, i jest trochę planów i pomysłów.
dzieci rosną, homik od początku grudnia w zasadzie mówi, jeszcze sporo po swojemu, ale już składa zdania i używa sporo słów samorzutnie tzn. nie na zasadzie "a powiedz to, tamto...". do tego czasami zaczyna opowiadać jakieś historyjki sprzed paru dni, że aż się trzeba zastanawiać co takiego ma na myśli! ogólnie to jest tak jak powiedziała ciotka Frau z Wrocławia podczas wyjazdu sylwestrowego - "co, kalambury?" ;) prócz tego homicek wszystko chce "siam", mówi dużo "nie" i co chyba najsłodsze - czasami chodzi i mówi wszystkim po kolei, że ich kocha. my też go strasznie kochamy. a no i puzzle z Tomkiem na wiek 3+ przestają wystarczać. 
a propos wyjazdu sylwestrowego to w tym samym miejscu co rok wcześniej zebrał się tym razem jeszcze większy dzieciodrom - 4 x (2+2), więc było nieźle, dzieci się bawiły ze sobą, szalały przy ognisku i na basenie (fakt warty odnotowania - zarówno homik jak i wiewiurka byli po raz pierwszy w życiu na basenie - z dużym sukcesem i frajdą. udało nam się zachować homika w całości, chociaż niewiele brakowało żeby sobie głowe rozbił...). dorośli relaksowali się po swojemu przy apteczce wujka Dominika i innych lekarstwach. aha, autostrada rocks! podróż door-to-door zajęła nam 1h40m, a rok temu bez autobahny około 3h. patronem wyjazdu był jenot:

wiewiurka natomiast pełza po okolicy jak szalona i weszła w okres totalnego zainteresowania wszystkim - potrafi ściągnąć ze stołu talerz w pół sekundy. sporo gaworzy po swojemu, je kaszę z łyżeczki (i inne zupki) i strasznie ją kochamy. mogłaby troche lepiej spać w nocy, ale to chyba cena za niedawanie mleka i/lub kaszek w butelce.
sytuacja u mamy w normie, u taty podobnie. z nowości to zmieniliśmy dostawce internetu, całość trwała 2 dni, od telefonu do przedstawiciela do uruchomienia usług. pomyśleć że kiedyś na głupi telefon się czekało X lat...
pozdrawiamy!

7.12.2012

a tymczasem....jesień średniowiecza, czyli smark kontratakuje!

skończylismy ledwo jeden ciągły katar uniknęlismy zapalenia ucha, udaliśmy się w chwilowym oknie bezgilowym na szczepionkę i zaraz potem bach! smark kontratakuje! znów dwie ostatnie noce okraszone były kaszlem wiewiórki, dzień urozmaicony inhalacjami i nieustannym fridowaniem. dzisiaj do zabawy dołącza lekarz w ramach wizyty domowej. ech, zdrowie, ile cię trzeba cenić...podobnie niepokojące wieści dochodzą z Wrocławia, jak widać w niemczeh mimo widocznego postępu i dobrobytu też niektórych problemów jeszcze nie rozwiązano.
życie jednakowoż toczy się dalej i co dzień przynosi nowe atrakcje w wykonaniu naszych małych gryzoniątek. już dawno, bo 17 listopada zuzło po raz pierwszy "zapełzło" i od tego czasu poszerza horyzonty, obgryzając kolejne części umeblowania. toczy się raźno z boku na bok i aktywnie uczestniczy w podłogowych zabawach homika takich jak drewniana kolejka czy budowle z klocków. z racji swoich małych kompetencji manualnych mała na razie obsadza rolę Godzilli. drugiej stronie to jednak zwykle odpowiada, po odpowiednim wyjaśnieniu przez nas o co kaman.
homineiro za to zaczyna mówić zdaniami, takimi na razie krótkimi, ale treściwymi. ostatnio przy próbach wykurzenia go od nas z łóżka uraczył nas słodkim "tutaj być spał". no i oczywiście już go nie można było zabrać. wczoraj podobnie nas przekonywał, w naszym łóżku jest wystarczająco dużo miejsca na wspólne spanie. słodziak! poza tym to ma okropną fazę na mamę, w zasadzie ja rzadko co mogę z nim zrobić. pocieszam się, że to podobno tak jest czasami :( i że przejdzie.
poza tym same sukcesy - pozyskaliśmy krzesełko Antilop dla Wiewiurki, mama miała sesje foto w zaprzyjaźnionym studio i już teraz będzie miała czym okraszać swoje notki profesjonalne, dzięki czemu jej działalność będzie się rozwijać jeszcze lepiej niż do tej pory. cieszymy się. idą święta a potem jedziemy na supersylwestra z superznajomymi. darz bór!

12.11.2012

uważaj na znajomych z dziećmi!

w miniony weekend rodzina szoszonów z Wrocławia nawiedziła warszawę. powód oficjalny to start szoszona w Biegu Niepodległości, ale nieoficjalnie wiadomo, że po prostu się za nami stęsknili, bo przecież na zadymę szoszon równie dobrze mógł iść z kibicami WKSu. tak czy siak, przyjechali, a nieopatrznie gościć imprezę zdecydowali się prokojaśki. oni jeszcze nie mają dzieci i myśleli, że będzie fajnie, a mają nowe, dopiero co urządzone mieszkanie. zjechaliśmy się w porze obiadu i potem my, dorośli, zajęliśmy się sobą – rzadko się widujemy więc tematów nie brakuje. dzieci natomiast po wstępnym obwąchiwaniu też zajęły się sobą.

zabawa nr 1: homik wraz medsien (3 l.) z wrocławia i praskąlaską (2 l.) najpierw odkrywają pustą półkę w szafie. potem okazuje się, że można na tę półkę wejść i zamknąć drzwi od szafy. potem okazuje się że półka mieści dwójkę dzieci, a drzwi wciąż się zamykają. itd. itd. straty – zero.

zabawa nr 2: jakieś tam pluszaki, w tym niezwykle atrakcyjna żaba. nie wiem na czym polegała zabawa ale niestety w pewnym momencie homik po wyczerpaniu znanych sobie argumentów (działających na wiewiurke, lat 0,5) postanowił ugryźć przeciwnika, chcąc uzyskać wyłączny dostęp do żaby. ugryzł niestety dość mocno, wystawiając jednocześnie nam, rodzicom, laurkę troglodytów i prostaków. straty – dziura w ręce medsien :( i troche płaczu.

zabawa nr 3: kanapa, poduchy, te sprawy. niestety w pobliżu kieliszki, talerze z buraczkami itp. skoki, fikanie, łażenie po oparciach. straty – stłuczony kieliszek, plama z wina na ścianie, poducha w buraczkowym sosie.

zabawa nr 4: szczegóły są nieznane, ponieważ dzieci bawiły się na tyle dobrze, że postanowilismy nie zawracać sobie nimi głowy. straty – powciskane wszystkie kopułki głośników w kolumnach

w gratisie było też walenie zębami o krzesła w wykonaniu homika i inne atrakcje. gospodarze robili przez cały czas dobrą minę do złej gry, za co im serdecznie dziękujemy. Frau szoszon twierdzi, iż mościagospodyni śmiała się tylko, że był niezły nalot, co śmiało możemy zinterpretować jako nieasertywne “kurwa mać!”. nic to, odegra się na nas na fotelu w gabinecie ;) ale nawet jeśli, to było warto!

31.10.2012

miruna* a la google plus inwencja własna

było 5 średnich płatów miruny*, 2 średnie cukinie, 2 średnie czerwone papryki, jedna średnia zwykła cebula i 4 ziemniaki, też średnie. ziemniaki obrałem, pokroiłem w plasterki i obgotowałem krótko (max 5 minut) we wrzątku. cukinie, papryki i cebule obrałem i niedbale pokroiłem w duże kawałki/talarki. wymieszałem warzywa, razem z ziemniakami, które uprzednio odlałem z wrzątku. naczynie żaroodporne posmarowałem oliwą i wsypałem doń w/w mieszankę warzywną. piekarnik, uprzednio nastawiony na 180st w trybie zwykłym, już był się nagrzał. polałem jeszcze tylko z wierzchu warzywa oliwą, posypałem obficie solą, trochę pieprzem i średnio tymiankiem. wstawiłem, najpierw bez przykrycia, do nagrzanego piekarnika, na jakieś 25 minut. w tym czasie obtoczyłem mirunę* w oliwie i posypałem pieprzem cytrynowym, z obydwu stron, po czym ułożyłem rybę (na "zakładkę") na kawałku folii aluminiowej. po rzeczonych 25 minutach stwierdziłem że warzywa się "nie robią" więc przykryłem naczynie górą od tegoż. po mniej więcej kolejnych 20 minutach warzywa zrobiły wyraźny postęp, więc włożyłem mirunę* na nieprzykrytym niczym kawałku folii do piekarnika i podniosłem temperaturę do 190st. po mniej więcej kwadransie sprawdziłem rybę, wydała mi się ok, więc wyciągnąłem z piekarnika i było zrobione.
wyszło zaskakująco pysznie.
homik zjadł, ale trochę narzekał na nadmiar pieprzu i musiałem oblizywać celem redukcji
nie przesadzajcie więc z pieprzem, jeśli mają to jeść dzieci.
wykonanie oparte na tym przepisie, tylko, że rybę upiekłem, a nie usmażyłem. chyba zdrowiej.
smacznego
* - po powrocie mamy do domu okazało się że to jednak nie miruna, a tilapia. whatever.

22.10.2012

pisz, zamiast grać w smoki

tak mówi mi Mama - "zamiast ganiać za tymi smokami napisałbyś coś, chociaż z raz na tydzień". łatwo powiedzieć, żeby tak pisać, na zawołanie. cała przyjemność w tym że nie ma w pisaniu tutaj żadnego przymusu :) poza tym - chociaż z dziećmi to wiadomo, że co chwila coś nowego - nie zawsze jest o czym, ale częściej nie ma tzw. weny
z nowości to mała zaczyna ciumkać chrupki kukurydziane, a także oblizała wczoraj w lolku łyżeczkę z dżemem malinowym. minę miała dość zdziwioną, ale niech się nie dziwi bo już w kolejce czeka zakupiony w biedronce słoiczek typu malina/jabłko. będzie się działo.
a w ogóle to dzisiaj wena się zrobiła w momencie, kiedy po przyjściu Kasi zastałem wyproszony z pokoju, ponieważ zagadywałem ją i nie mogła homikowi czytać bajki. niniejszym uważam proces adaptacji homika do nowej opiekunki za zakończony :)

19.10.2012

pasmo sukcesów

po pierwsze to wygrałem oczywiście konkurs bachora. oczywiście dlatego, że o ile mi wiadomo byłem jedynym startującym :D tak czy inaczej idziemy dziś z Mamą do kina na Bestie z południowych krain.
po drugie, znaleźliśmy nową, fajną opiekunkę dla dzieci. jest sympatyczna, obrotna i lubi porządek. dzieci, a zwłaszcza homik, ją lubią do tego stopnia, że jak już nie mogą sobie dać z nami rady wołają "kaaaaaaasiaaaaa". tzn homik woła. wiewiurka na razie głównie woła jak jej się nudzi, jest głodna albo zrobi kupę. poza tym śmieje się do wszystkiego i wszystkich. aha, jeszcze parę dni i zacznie pełzać jak kiedyś jej brat. będąc u mojej siostry w weekend zaobserwowaliśmy jak przejechała dobry metr po dywanie. co prawda ręce opierała na śliskiej paczce chusteczek, ale niewiele, naprawdę niewiele brakuje. z maty już prawie w domu złazi, to po trzecie. aha ogólnie to jest już duża - przy wczorajszej kąpieli ze zdziwieniem stwierdziłem, że jej mała głowa jest całkiem proporcjonalna już w stosunku do reszty pulchnego ciałka :)
po czwarte, homik rozwija się dziarsko - jeździ na trzykołowym motorze, dużo rysuje i maluje, sporo gada i prawie wszystko powtarza a nawet sam śpiewa! można się przy tym dobrze ubawić, słuchając jego wykonania piosenki o żabkach :D a, i chętnie recytuje z nami "siała baba mak". on recytuje słowa mak i tak, a my resztę  i jest fajnie. poza tym strasznie papuguje zuzie - łapie za smoczek, kładzie się w jej łóżeczku itp. aha i śpi z misiami, przynajmniej trzema, ułożonymi w rządku obok głowy :)
po piąte, homik przyswoił całkiem nocnik i w zasadzie pieluchy zakładamy mu tylko na spanie i czasem na spacer. poza tym woła siusiu i kupe i sam leci po nocnik.
po szóste Mama rozwija swoją działalność i patrzymy z optymizmem w przyszłość
samo dobre. oby tak dalej.

2.10.2012

w konkursie bachora wystartuj

"Azaliż, jeśli noc całą przespać zechcesz, nie niepokojon będąc przez bestyję dzieckiem zwaną, czary podane tutaj odprawić, gdy słońce zajdzie, musisz. Weź zatem bestyję ową, przy stole posadź. A pasków fotelika do karmienia zapiąć nie zapomnij, albowiem jebnięciem wielkim skończyć się to może i noc, miast w łożu swojem spędzić, w szpitalu na Niekłańskiej, jak potępieniec pomstując na służbę zdrowia, spędzisz. Toster uruchom, i zgodnie z prawidłami sztuki grzanki przygotuj. Dwa razy za siebie spluń, przez ramie lewe i prawe, sok do kubka utocz i bestyi podaj. Dla efektu wzmocnienia grzankę i sobie uwarz, i przy stole z bestyją spożyj, baczenie mając, aby dziecię grzankę swą zeżarło i trzewia swoje dokładnie wypełniło. A kiedy rytuału tego dopełnisz, i bestyja gromkim beknięciem spożycie zakończy, do łaźni ją powiedź, postronka święconego używając, kiejby sama poleźć nie chciała, po drodze znak krzyża li półksiężyca w powietrzu kreśląc. Wody do wanny nalej, dziecię rozbierz, i wspak inwokację z Pana Tadeusza dla uspokojenia nerwów starganych swoich odmawiając, driakwii magicznej, "emolientem" z francuska zwanej, do wody nakropl. Bacz jednak, aby bestyja z łaźni chyłkiem nie spierdoliła, albowiem wysiłek Twój cały zniweczy i łowy na bestyje od nowa rozpocząć będziesz musiał. Bestyję w wodzie zanurz, a sam pobieżaj pieluchę, piżamę i śpiwór przygotować. Po czasie naznaczonym, od fazy księżyca i pory roku zależnym, przed zsinieniem z zimna bestyję z wanny wyłów i w ręcznik z niegręplowanej wełny, przez utopcami chroniącej, z wody wytrzyj. Do sypialni zawlecz i w święcone pieluchy i nocną odzież odziej, o śpiworze nie zapominając, albowiem tylko śpiwór temperaturę odpowiednią do snu bestyi zapewnić może. Do leża łóżeczkiem zwanego bestyję wciągnij, zaklęcia pod nosem mamrocząc, a zaklęć tych za dnia wypowiadać nie waż się, albowiem moc ich nieparlamentarna wielka! Do kuchni po eliksiry snu pobieżaj, o miarce nie zapomnij! sto kropli witamin podaj. sto kropli tranu na miarkę utocz, i przeżegnaj się, aby tranu bestyja do łóżka swego nie wylała, albowiem rybą walić nadzwyczaj będzie. naznaczoną na recepcie antybiotyku ilość odmierz i bestyi podaj. wreszcie, eliksir mocy wielkiej przygotuj i na miarę nalej. a imię jego Clemastinum. kaszel on wszelki w nocy umarza i bestyji sen spokojny zapewnia, rodziców nie turbujący. po rytuałach nocnych namaszczeń księgi dobądź, traktaty o jajku co z kurą dyskutowało... albo o lokomotywie. zaprawdę, nie zna ludzka mądrość ksiąg lepiej bestyję usypiających. wersety mocy wielkiej odczytaj i bacz, aby bestyja na leżu swym cielsko swoje złożyła i wstawać nie śmiała. gdy ślepia jej, ogniem zabawy gorejące, zamykać się poczną, pocałunek swój rodzicielski na czole bestyi złóż, i do komnat swoich się oddal. jak mantrę w duchu "śpij, do ciężkiej cholery" powtarzaj dopóty, dopóki odgłosy z leża bestyi nie ucichną, a ty na zasłużony spoczynek się udasz."
takoż z ust mędrców receptę spisał baranello, anno domini 2012

20.09.2012

futbolescu rumunescu czyli krótkie wakacje

krótki przerywnik to będzie. bo nie o dzieciach tylko o mnie, pratacie (badum....tssss!)

dzięki połączonym siłom mamy, emi, i obydwu babć mogłem wyskoczyć na doroczny PG WorldCup (piłkarski) do Bukaresztu. tak, to jest tam daleko w Rumunii a miało to znaczenie z dwóch powodów: po pierwsze, Rumunia nie jest w strefie układu z Schengen o czym przekonało się naszych dwóch kolegów wysiadając z gracją z autokaru na granicy węgiersko-rumuńskiej; po drugie - jechaliśmy tam 26 godzin, bo od granicy w Oradei do Bukaresztu jest 600km, po jednopasmowej głównie drodze, przez tereny wyżynne, Przełom Czerwonej Wieży i inne rumuńskie, za przeproszeniem, zadupia (lubie Rumunię, zwłaszcza góry, ale jednak trochę tam są za murzynami pod względem dróg. tak, jeszcze bardziej niż u nas). do tego nasi kierowcy popieprzyli się z GPSem i zamiast na przedmieście Mogosoaia trafiliśmy na ulice Mogosoaia w centrum Bukaresztu. Bagatelka, dodatkowe 2,5h w korkach: Bukareszt, centrum, piątek wieczór. grunt jednak że wódki było dość i autokar miał elegancką lodówkę. także dojechaliśmy.

pierwszego wieczora zamiast na imprezę z resztą futbolistów, trafiliśmy do przydrożnego baru na tradycyjnego psa z grilla. no dobra, to nie był pies, tylko normalne mięso, ale ponieważ psów kręci się tam mnóstwo (bezpańskich), to skojarzenia jakby były naturalne...potem spać i od rana na boisko. a nie, wcześniej śniadanie hotelowe bez kawy. no, bez. dziwne, co? może taki chudy pakiet mieliśmy, a może to jakieś bukaresztańskie zwyczaje. po drodze na boisko - choć to było blisko i prosto - kierowca pomylił drogę. no comments :)

turniej zaczęliśmy z animuszem, ale od porażki z włochami 0:1. tu należy zauważyć, że po stracie 2 zawodników nasza tzw. ławka składała się z jednego człowieka na zmianę, więc oczekiwania nie były zbyt wygórowane. ale już w drugim spotkaniu wygraliśmy z genevą 1:0 (ha! ja wcisnąłem tę bramkę!) a w kolejnym ograliśmy rotterdam 4:0! wystarczyło na koniec wygrać lub zremisować z węgrami i voila! po 1:1 wyszliśmy z grupy z drugiego miejsca, unikając tym samym innej polskiej drużyny w ćwierćfinale. zatem sukces ponad miarę naszych oczekiwań. 

wieczorem była tradycyjna impreza, ale sprowadziła się ona dla nas głównie do spałaszowania kolacji, wypiciu kilku piwek i powrocie do hotelu, bo po całym dniu ganiania bez zmiany po trawce, byliśmy zrąbani jak trzeba. a w końcu w niedziele też wypadało coś pokazać na boisku :)

no i pokazaliśmy... w pierwszym meczu po większości czasu przy stanie 0:0 rozpadało się, ale sędzia przerwał mecz z innej przyczyny - jeden z Włochów próbował nurkować w polu karnym i w efekcie złamał paskudnie rękę. bad luck. po wznowieniu meczu bramki już nie padły (wcześniej mieliśmy jedną czy dwie dobre okazje). w karnych natomiast lepsi byli włosi a nasi strzelcy zawiedli zupełnie :( pozostała nam więc walk o 5te miejsce. Włosi natomiast wygrali turniej później...znaczy - aż tak źle z nami nie było. potem jednak chyba zabrakło sił, bo kolejne spotkanie przegraliśmy 0:1 z Rumunami a ostatnie - o miejsce 7me - nie odbyło się, bo większość naszych chłopców była zbyt zmęczona, a i Chorwaci nie rwali się do walki. zresztą, organizatorom wkradł się bałagan - finał, zamiast być ostatnim ze spotkań, rozegrany był przed naszymi ostatnimi meczami, gdzieś na bocznym boisku, zamiast na głównym, z trybuną i szansą na zgromadzenie wszystkich pozostałych drużyn na widowni. poza tym rozpadało się, a w dodatku mając w perspektywie 24 godzinną podróż do Polski, szybko zwinęliśmy się do hotelu i po krótkiej regeneracji zapakowaliśmy się do autokaru, ruszając w podróż powrotną. nie tak jak w Chorwacji rok temu, skąd nikt nie chciał wracać bo było pięknie, ciepło, morze było niebieskie a impreza dopięta na ostatni guzik.

tym razem poszło nieco sprawniej - po postoju na szybkie zakupy "zrobiliśmy" Rumunię w 7,5h (zamiast 12h. to dzięki temu że była noc i mniejszy ruch). Węgry i Słowacja przeleciały w miarę sprawnie i w sumie już o 14 byliśmy w Warszawie. 

było w sumie fajnie, może bez znacznych sukcesów, bez żadnego zwiedzania (prócz "wieczornej autokarówki po centrum Bukaresztu" w piątek) ale zawsze chwila oddechu i radosnego futbolu :) za rok turniej koło Barcelony :)

10.09.2012

rozmyślanie przy myciu laktatora

dziś i jutro to ja jestem kurą domową,bo mama przebojem wraca na rynek pracy i prowadzi szkolenie. w związku z tym postanowiłem wziąć wolne i obstawić temat domu i małych gryzoni. może ktoś pomyśli że "wspaniałomyślnie postanowiłem" ale tyle w tym wspaniałomyślności co wyrachowania. to proste - albo będziemy sobie dalej żyć jak przez ostatnie 2 lata z akcentami rozłożonymi w staropolski sposób: facet zarabia, baba gospodarzy albo skierujemy się na perspektywę powrotu baby do roboty i będziemy krzewili model - przynajmniej dla niektórych - wywrotowy. decyzja raczej prosta, bo po pierwsze matka niepracująca to prędzej czy później matka sfrustrowana, a po drugie żeby realizować plany i marzenia z większym rozmachem potrzeba środków. no więc ja teraz gospodarze a baba zarabia.

efekt jest natomiast taki że wieczorem nie mam ochoty na nic. po całym dniu tłumaczenia homikowi, że to tak, a tamto tak (po 5 razy, bo to w końcu 2latek), usypiania wiewiurki w dramatycznej scenerii (bo chwilowo nie usypia grzecznie i samoczynnie), tańca z garami, na spacerach i myciem okien nie mam chęci na dalszą socjalizację. najchętniej spierdoliłbym w wirtualny świat takiego dajmy na to Skyrim i zapolował na smoka bądź inne leśne zwierzę, oderwał się od rzeczywistości zupełnie na tę godzinę czy półtorej. nie mam nawet chęci na reperowanie słuchawek, bo to nieuchronnie doprowadzi mnie do planowania następnego dnia - kiedy iść do sklepu, kiedy dzieci wrócą z emi i trzeba je będzie karmić i kiedy w tym wszystkim kupić części do naprawy.

są oczywiście inne sposoby relaksu, równie miłe - film z mamą, lub inne wspólne działania. ale nic nie odrywa od rzeczywistości tak jak rzeczywistość wirtualna.