18.09.2014

piosenki na dobranoc I

Raz mały kotek
leciał samolotem
I wyglądał sobie przez okienko
Pani Pilotka
Spotrzegła kotka
I przyniosła mu jajko na miękko

Raz mały kotek
leciał samolotem
I trzymał się łapkami za uszko
Pani Pilotka
Spotrzegła kotka
I przyniosła mu dobre jabłuszko

Raz mały kotek
leciał samolotem
I trzymał się łapkami za nóżkę
Pani Pilotka
Spotrzegła kotka
I przyniosła mu dojrzałą gruszkę

Raz mały kotek
leciał samolotem
I oglądał swoje małe łapki
Pani Pilotka
Spotrzegła kotka
I kazała podać mu kanapki

Raz mały kotek
leciał samolotem
Drzemał sobie słodko przy tym, deczko
Pani Pilotka
Spotrzegła kotka
I przyniosła mu cieplutkie mleczko

Raz mały kotek
leciał samolotem
Wreszcie dolecieli na lotnisko
Pani Pilotka
pożegnała kotka
I to jest już w tej piosence wszystko.


3.07.2014

taki zwykły post biało-czarny post

przyjechałem dzisiaj do pracy (wyjątkowo) rowerem (to akurat jak zawsze), wczoraj też z dziewczynami robilismy sobie wycieczkę po mieście - i tylko to chce powiedzieć że naprawdę DUŻO ludzi jeździ po Warszawie rowerami! jadąc Solcem do Agrykoli praktycznie na każdych światłach spotykaliśmy więcej niż 5 rowerów. masa, normalnie masa! super

poza tym to za nami pierwszy rok "szkolny" o ile można tak powiedzieć, i pierwsze zderzenia z naszym systemem edukacji w wydaniu przedszkolnym....no cóż, pewnie to nie było najlepsze przedszkole ale wrażenie mieliśmy że najlepiej jak sie do przedszkola dziecko "wstawi" i nie wtrąca w to co się dzieje. tzn nie mówię że działo się coś złego, ale chodzi mi o poziom porządanej interakcji. a rada rodziców zajmowała się głównie wybieraniem zabawek do zakupienia przy okazji wszystkich możliwych świąt i okazji. od września zmieniamy przedszkole, mamy nadzieję że bedzie fajniej (właściwie ot jeszcze fajniej, bo w sumie nie było źle) no ale raczej system edukacji z nami (a my z nim) lekko nie bedzie miał...

poza tym, czasami trzeba odetchnąć nawet od najbardziej kochanych dzieci. w związku z tym Homik przebywa na obozie letnim u dziadków wraz ze swoim bratem ciotecznym. mielismy co prawda wczoraj mały alercik związany z poranny wystąpieniem lekkiej gorączki, ale wizyta u lekarza pozwoliła na uspokojenie i kontynuowanie pobytu. natomiast w domu jesteśmy z samą Wiewiurką i tak naprawdę będąc trochę z takim młodszym dzieckiem sam na sam, odkrywa się je troche na nowo. no bo tak na codzień, kiedy jest ich dwoje, to jednak Homik wypełnia bardzo dużo przestrzeni jaką mają "na dzieci" w domu. poświęcamy im dużo uwagi, ale pewnie przez bardziej skomplikowane interakcje i większą skuteczność w zdobywaniu uwagi mam wrażenie, że mniej się dostrzega niuansów u tego młodzszego dziecka. a tak, sam na sam z Wu widzę jak ona fajnie mówi, jakie ma pomysły, jakie plany i upór w ich relizacji no i w ogóle jaka jest fajna, mądra, odważna i niezależna (jak na dwulatkę ;) ). fajne mamy dzieci, oboje, razem i z osobna.

Wu w ogóle zaczyna składać zdania i powtarza praktycznie wszystkie słowa, a wczoraj była niezywkle zwinteresowana czytaniem i z uwagą słuchała jak jej literowalismy napisy z naklejki na paczce płatków, po czym sama, bezgłośnie ruszając wargami, z zapałem czytała!

w ten weekend w ogóle cała nasz rodzina w rozproszeniu będzie, bo wu z babcią w Warszawie, Homik u dziadków, Mama szkoli się w Nałęczowie, a ja brykam po Beskidzie Żywieckim w ramach "kawalerskiego" kolegi. nigdy tak jeszcze nie było, Mama mówiła że sie troche stresuje, ale co tam..tak też czasem bywa, wszystko ogarnięte no i w razie co to przecież nie będziemy w Australii tylko w zasięgu kilku godzin. będzie dobrze.

no i na koniec bonus, nagrany chyba w styczniu z naszego balkonu:



to do nastepnego razu!

26.06.2014

dzieciotaśmy z mundialem w tle

ten post zaczął powstawać dawno, bo już w majówkę. no a przez te dwa miesiące zmieniło się dużo, ale nie chodzi o polityke tylko o nasze domowe peregrynacje :)

zacznijmy od zuzinego słowniczka - na początku maja zaczęła używać wielu słów, z których najbardziej warte zainteresowania - wtedy - były na przykład takie:

sioć (chodź)
pimak (ślimak)
pinka (piłka)
ciuwak (suwak)

ale dzisiaj to już historia. teraz zuzia w zasadzie już gada, a zgodnie z panującą modą na nagrywanie się i innych podczas posiłków, pokusiliśmy się o nagranie i opublikowanie własnych taśm :D zapraszam do słuchania tego wstrząsającego nagrania :)

https://drive.google.com/file/d/0B4NFzmV4l5YvREk2dzh3ZjQ4OHc/edit?usp=sharing

druga duża zmiana to zmiana opiekunki. Kasia była super kochana i naprawdę dobrze było z nią dzieciom i nam, no ale co za dużo to niezdrowo - ostatnio stopień niepewności wzrósł znacznie jeśli chodzi o jej nieobecności i nie byliśmy już dalej gotowi ponosić tego ryzyka, bo wszelkie sposoby na zachęcenie jej do większej odpowiedzialności zawodziły. spędzilismy więc tydzień z Panią Anią, która jednak chyba ma nieco inną koncepcję pracy jako niania, więc od poniedziałku zaczyna Basia. jak będzie - zobaczymy, napiszemy :)

no i jedna z największych naszych przygód w ostatnim czasie to wyprawa na rozbijanie Łopienki. mieliśmy jechać na działkę, ale znajomi wrzucili temat żeby jednak bujnąć się w Bieszczady, co samo w sobie nie byłoby jakoś specjalnie szalone, ale już wyjazd pod namiot w miejsce gdzie nie dojeżdża się bezpośrednio autem to już był pewien dreszczyk :) wiem wiem, wielu z naszych znajomych takich dylematów nie ma i często-gęsto jeździ na jeszcze bardziej karkołomne eskapady, no ale dla nas to był pierwszy raz. no i było super. mimo średniej pogody nasze dzieci bawiły się świetnie, były też dzieciaki Skrzyniarzów więc to samobiezne przedszkole zajmowało się samo sobą przyczepiając się do coraz to różnych dorosłych robót (hitem jednak był łuk zrobiony przez wujka Tomka i rąbanie drewna z wujkiem Krzyśkiem). zawinięte w  przeciwdeszczowe wdzianka turlały się od strumienia do namiotów, wzdłuż i wszerz i zuzyte do ostatniej kreski baterii padały wieczorem bez zbędnych ceregieli. normalnie raj rodziców :D
no a my sie ośmieliliśmy i pewnie bedziemy wracać i na Łopienke i pod namiot. a no i oczywiście wielkie propsy dla SuperMeli za to że czasami była lepsza niż rodzice :) !

no i tak. wakacje za pasem, chociaż my w sumie jeszcze niezbyt wakacyjni, no ale Homik rusza na turnus do dziadków, a pod koniec lipca udajemy się (partiami) nad morze do Piasków (tym razem z Szoszonami!) a potem jeszcze na dogrywkę na Mazurach. będzie się działo!

a no i oczywiście mundialeiro...w sumie nie nastawiałem się zbytnio na oglądanie i bycie na bieżąco, ale ponieważ mecze są w "ludzkich" porach, to jednak nie potrafię sobie odmówić :) tak od serca to kibicuje Chile i Meksykowi bo grają super fajną dla oka piłkę, ale realnie to myślę, że wygrają Niemcy.

a na koniec Mama - lama












20.05.2014

picking floorberries

Wygląda na to że jednak w końcu przyszła wiosna i skończy się wieczna huśtawka ciepło-zimno-mokro-sucho..no mam przynajmniej taką nadzieję. Mam też nadzieję że skończą się z tym również katary, smarki, kaszle i wszystko co z tym związane. Oby.

Tymczasem natomiast dzieci rosną, a Wiewiurka poszerza słownik i zaczyna układać pierwsze, nieco nieporadne jeszcze zdania. Używa przy tym słów takich jak "posie" (proszę), "ciego?" (dlaczego), "to to?" (co to), "dobe" (dobre), "chodź", "wstań", "idź", a no i od dłuższego już czasu posługuję się pojeciami "moje" i "ja". Czasami tymi akurat posługuje się doprowadzając nas do szału, bo wraz z wiekiem rośnie jej determinacja i skoncentrowanie na celu. Jest też coraz silniejsza i szybsza, a to poważne argumenty w dyskusjach z bratem :) Co by jednak nie powiedzieć, cieszymy się patrząc na ich dwoje jak sie razem bawią i troszczą sięo siebie - Wuwu pamieta o tym żeby wziąć dla Homika ciasteczko, a Homik przytula i pociesza ją gdy coś się stanie. Homik potrafi też coraz częściej sam dostrzec że sprawił siostrze jakąś przykrość i samorzutnie ją przeprasza. To miłe.

Ostatnio też na działce okazało się ze Wu nic nie robi sobie z odległości od mamy i taty, bo śmiało chciała dreptać nad rzekę żeby zanieść bratu ciasteczko. To nic że rzeka za ulicą, wałem przeciwpowodziowym i że jej nie widać, ważne że już była i wie jak dojść, więc wszystko w porządku. Z jednej strony super, z drugiej wzbudza trochę obaw :)

Poza tym szałem ostatnich tygodni jest piesek dziadka, Cupel. Z cuplem dzieci biegają, piszczą i szaleją, a nawet kiedyś został u nas w ciągu dnia więc szczeście było bezgraniczne. Wu koniecznie chce go brać na kolana, przytula go i hołubi. Gorzej obecność Cupla w domu znoszą koty, no ale raz na czas jakiś wytrzymają. Cupel jest jakimś takim mikroyorkiem, nawet nie wiem co to dokładnie za rasa. Do dzieci w każdym razie akuratna :)

a dzisiaj trafił mi się wyjazd do Katowic, just a quickie - teraz jadę, wieczorem wracam. takie miłe urozmaicenie.

a na koniec bonus, czyli tytułowe zdjęcie: "Picking floorberries" ;)


24.04.2014

prawie dwa lata już zaraz miną....

.... odkąd urodziła się Wiewiurka. właściwie to jak tak sobie myślę, to do kwestii jej obecności na świecie podeszliśmy dość na luzie, w takim sensie, że nawet wiedząc o tym jak wygląda zycie z dzieckiem (po Homiku) nie zastanawialiśmy się "a co, a jak to będzie, a czy damy rade??" itd. nie, po prostu chcieliśmy mieć drugie fajne małe dziecko. po tych dwóch latach nie żałujemy ani troszkę, że tak radośnie się na to zdecydowaliśmy, bo te dwa małe pędraki sprawiają nam wiele uciechy. zwłaszcza, że coraz częściej następuje synergia (albo może superpozycja, to już jak kto woli) fajności bo coraz więcej się dzieciaki razem bawią i wspólnie stanowią niezły mini-gang. jasne, są "sytuacje", ale cóż...życie :) tym bardziej, że Wu też ma w sobie niezłą determinację, a jej mały gniew gdy już nabierze rumieńców jest bezlitosny ;) np. ostatnio nie mogąc się uporać z wycinanką, która złośliwie nie chciała się odkleić od palca po posmarowaniu klejem po niewłaściwej stronie :) w końcu oderwała ją i we wściekłości zaczęła zapamiętale gryźć :)

ale poza tym to mówi coraz więcej, ostatnie nabytki to poploche (poprosze), duzi, mango, słomka i rózne zabawne skojarzenia jak to, gdy Homik któregoś popołudnia wyznał że jest zmęczony, Wu zaproponowała "brum brum" czyli przejadżkę samochodem. po cóż? no po to żeby Homik mógł zrobić "aaaaaa" (spać). fajne jest to, że myślą o sobie i się o siebie troszczą, bo Homik też pamieta o tym żeby u lekarza pobrać obowiązkową naklejkę dla siostry :) 

Homik również jest coraz mądrzejszy, pomocny i kochany. dużo wie, zadaje mnóstwo pytań i zapamiętuje odpowiedzi a potem korzysta z nich w róznych momentach, np tłumacząc babci coś w taki sam sposób w jaki my mu to tłumaczymy. nie zauważa się tego zbytnio, a to w sumie strasznie fascynujące. to taki moment kiedy naprawdę - przynajmniej ja - uświadamiam sobie jak mocno kształtuje się to jak dziecko postrzega świat i jak różne moga być te opisywane kształy. no i wiadomo, że on nie zadaje pytań tylko nam, a inni mogą mieć różne odpowiedzi (i mają!), więc tak...to ciekawe :)

patrzymy też z zadowoleniem na to, że nasze dzieciaki chętnie spędzają czas z innymi członkami naszej rodziny - zarówno z rodzicami moimi jak i Mamy, z ciociami i wujkami no i oczywiście z niezastąpioną Kasią. mają zaufanie do nich i nie ma żadnego problemu z przekazywaniem ich pod opiekę babć i dziadków, i co cieszy nas jeszcze bardziej - nie jest tak, że po pobycie u dziadków maluchy muszą przechodzić odwyk - wiadomo jest nieco inaczej, ale nie odmiennie o 180 stopni. dlatego cieszy nas porozumienie na płaszczyźnie wychowawczej (jeju to brzmi jak z podręcznika psychologii, ale to chyba dobre ujęcie) jakie mamy z naszymi rodzicami - nie jest to może naturalne, ale spokojnie daje się ustalić i wypracować i w pewnym sensie zreformować nawet najbardziej zatwardziałe dusze ;)

z bardziej przyziemnych spraw to pracujemy nad tematem nocnika, mamy już pewne sukcesy no ale jeszcze i pewien odsetek porażek. no ale idzie wiosna, lato, ciepło a to sprzymierzeńcy w pracy nad odpieluchowaniem. gorzej nam idzie z tematem nocnego kakao, ale juz czasami tez udaje się Wu namówić na wodę zamiast kakao. jeszcze ciut ciut i bedzie spoko. wiosna i lato to też czas na plany z większym terytorialnym rozmachem - mama woła o urlop, więc może zorganizujemy jakiś szybki wojażyk za miasto. w międzyczasie piękna pogoda natchnęła nas do szybkiego malowania sypialni i z efektu (oraz z przemeblowania) jesteśmy zadowoloeni, a przy okazji udało się trochę rzeczy wynieść, wyyrzucić, schować - co tylko podniosło nam komfort! tak.

czego sobie i Wam życzę, amen ;)


18.03.2014

spring or just teasing?

idzie wiosna, a przynajmniej się tak może wydawać. ludzi bez dzieci wali to o wiele bardziej, ale dla rodziców, zwłaszcza więcej niż jednego malucha wiosna to zbawienie, prawdziwa ziemia obiecana spacerów, suchych placów zabaw, długiego dnia i ciepłego powietrza. na dłuższą metę bowiem dzieci w czasie zimy dostają w domu kociokwiku i już w okolicach lutego te sprawniejsze bujają się na żyrandolu z nadmiaru niewykorzystanej energii a te mniej sprawne wyciągają wszystkie możliwe zabawki i rzeczy z szafek kuchennych tworząc armageddon idealny. codziennie. a czasami nawet dwa razy dziennie. wiosna natomiast oznacza długie wyczerupujące godziny na placach zabaw, skwerach i spacerach, czego wynikiem jest szybki wieczorny zjazd do zajezdni i błogi spokój dla rodziców. dlatego rodzice cieszą się z wiosny. bardzo. (no dobra nie tylko dlatego, wiosna jest ogólnie spoko, ale to jest akurat powód szczególny). na wiosnę jest też mniej chorób, gila, antybiotyków i innego syfu. wiosna-samodobro.

nie inaczej jest u nas - powoli w odstawkę idą syropy, inhalacje i inne atrakcje, Wu i Homik coraz więcej czasu spędzają poza domem - z nami albo z Kasią i mogą się wyszaleć. a potencjał mają: wiewiurka podpatruje WSZYSTKO u starszego brata i jest strasznie aktywna i ciekawska. to jest fajne i niefajne zarazem. fajne bo strasznie ucieszna jest w tym swoim odkrywaniu, szperaniu, próbowaniu, a niefajne bo powoduje przebodźcowanie wszystkich wokół, przynajmniej troszeczkę. no ale, Wu uczy się teraz dużo mówić i do jej słownika weszły w mijającym tygodniu np słowa..:
tinka - dziewczynka
kunka - kurtka
siam - strażak sam (yt ftw! )
dziem - to wiadomo
pinka - piłka
pi - śpi
majuja - mamusia
acha - Kasia
no i od pewnego czasu gromko woła brata po imieniu :)

a, hitem ostatnich dni jest klasyczna, zakupiona przez Allegro huśtawka typu przesuwane szczebelki plu dwa haki w futrynie. bujają się te dwa małe małpiszonki na zmianę, a zmianami zarządza pani Klepsydra :)

Homik w ogóle wrócił do przedszkola, nawet jest w miarę spoko, no i przede wszystkim - to chyba najważniejsza zmiana - powoli powoli przyzwyczaja się do samodzielnego ubierania więc poranne wyjścia są w miarę fajne i przyjemne. poza tym zauważamy, że można coraz fajniej się z nim dogadać i nie upiera się przy swoim tak często - np. dzisiaj nie nalegał na zrobienie kolejnego wafelka z dżemem tylko wielkodusznym "no, dobra!" zgodził się na zjedzenie gotowego po wiewiurce. tak bywa czesciej niż do tej pory i to jest fajne. prawdopodobnie dlatego, że my też czesciej odpuszczamy i nie upieramy się przy swoim. to działa!

w tle zaś odbywa się operacja przniesienia Homika do innego, fajniejszego przedszkola, gdzie mamy nadzieję się dostać od września <obyobyoby>

idzie wiosna, bedzie dobrze, na kawiecień wszystkie weekendy zaplanowane. FTW! do usłyszenia!

3.03.2014

wiewiurka czyli 100% 2letniej aktywności

na początek update słowniczka:
tutaj, moje, anton, piciu, koka (kotek), koko (kakao),kachu (kasia), toto? (co to?) i jeszcze trochę innych, ogólnie gadulstwo na całego! no i prawie cały czas coś tam sobie małe Wu trajkocze, zagaduje, dopytuje, węszy, szuka, przestawia, kręci. jednym słowem 100% dwulatki w dwulatce.

jesli chodzi o pozostałe kwestie to era kakao jeszcze się nie skończyła, bo każdej nocy musimy zapewnić obowiązkową przynajmniej jedną dolewkę. staramy się robić kakao coraz cieńsze żeby powoli, krok po kroku zmigrować się do wody z kubeczka, ale to jednak wciąż bardziej kakao :) żałujemy że Wu nie je więcej na kolacje, i potem dogania dzięki kakao, no i kwestia uzębienia - bo przecież w środku nocy po wypiciu kubka mleka nie będziemy jej myć zębów (zrobienie kakao to już jest niezły heroizm :D ), a próchnica nie śpi :(

co więcej ? no chyba powoli wychodzimy z czarnego przedwiośnia (kiedyś problemem był przednówek, rodzice małoletnich natomiast cierpią na syndrom zagilowanego przedwiośnia), bo po 1,5 miesiąca chorób, anytbiotyków, gila do pasa i cotygodniowych wizyt u lekarzy wychodzimy (oby!) na prostą. Homik nie był w przedszkolu w lutym ani pół dnia, no i niby chciałoby się żeby poszedł do dzieci, ale z drugiej strony jest obawa czy aby nie zaczniemy balu z gilem od początku. no dylematy, dylematy...przynajmniej nie tylko my takie mamy, jak donoszą Frau Ciocia Ania i ostrzy sąsiedzi.

ponadto Homik bardzo chętnie spędza czas z dziadkami, w teatrze, na działce, sali gimnastycznej i oczywiście na placu zabaw, na co pozwalają coraz śmielsze powiewy wiosny. a, no i zadaje czasami głębokie pytania w stylu "mamusiu a co to jest przestrzeń?" :) no i ogólnie to we dwójkę z Wiewiurą są nieźli, po pierwsze broją, po drugie antek jest nadzwyczaj "usłużny" jeśli chodzi o wymyślanie i pomaganie w dokonywaniu czynów niedozwolonych i swoim słodkim głosikiem pyta mniej więcej tak "chcesz też zjesc czekolade? no tak?" "nasypiemy mąki na podłogę? chcesz, tak?". istny gang olsena. aha, W na już swoje ulubione bajki i dostaje pozytywnego szału na widok TuTiTu na YT.

no, grunt że wiosna blisko, będzie ciepło, zielono i przyjemnie. pozdrawiam!

ps. i jeszcze jedno: Mama uszyła dla WuWu kota. kot jest SZAŁOWY!!!!

no czyż nie? :D

24.01.2014

festiwal farmakologiczny

ostatnio naszła mnie taka myśl, że zanim sie te dzieci urodzą, zwłaszcza pierwsze, to sobie człowiek nie może tego w ogóle wyobrazić, jest przejęcie, zadęcie i martwienie się na zapas. przed drugim też, może nieco mniej, ale jednak zawsze trochę, bo niby sprawy już znane, ale stopień komplikacji rośnie. no grunt, że zanim się tego byka z rogi chwyci, to się on wydaje straszny i groźny. a potem...mnie refleksja naszła niedawno, znaczy kiedy Wu ma już 20 miesięcy i tzw. całkowitego stażu mamy ponad 3,5 roku. no grunt, że się po prostu żyje,  nie myśli sie codzień wychodząc z domu do pracy "ojej, co to będzie, ojoj, co z dziećmi?". poszednieje to wszystko.

no ale są okresy, kiedy bynajmniej rutyna nie doskwiera. na przykład teraz, kiedy oboje dzieci biorą różne antybiotyki plus do tego mase innych specyfików. oczywiście smarkają, prychają, nie mają apetytów, w nocy się co chwilę budzą, do tego są marudne i okropne. jakby tego mało było, również i mnie dopadło jakieś badziewie, więc zaliczam rzadkie w moim przypadku zwolnienie.

mamy nadzieję, że to jednak chwilowe i po wybraniu dawek obowiązkowych wszelkiej maści zarazy nas opuszczą. w mędzyczasie bowiem naturalnie postęp idzie na przód, i Wiewiurka coraz więcej mówi - coraz więcej swoich małych słówek, coraz więcej swoich zdanek. ostatnio uwielbia tańczyć, byle kawałek trzech nut na krzyż wywołuje u niej pocieszne podrygi i razem z Homikiem tutaj skaczą wkoło nas. ponadto - tak mówi mama, a w końcu jest psychologiem - Wu nauczyła się ważnej rzeczy - spojrzenia na świat z perspektywy innej osoby, co na razie objawia się tym że podając telefon żeby coś pokazać, przekręca go tak, żeby oglądający miał obraz "normalnie", a nie do góry nogami. aha no i w ogóle często ostatnio mówi "tata", co do niedawna praktycznie sie nie zdarzało.

Homik za to śpiewa piosenki i często sam mówi jakieś wierszyki, układa sam 50-częsciowe puzzle i powoli chyba sam zaczyna odkrywać kiedy należy spać, a kiedy nie. dla nas to iskierka nadziei, bo na razie w procesy kładzenia się spać jesteśmy zaangażowani aż do ostatniego mrugnięcia powiek...a ostatnio 2 razy udało się że zasnęli oboje sami bez naszej obecności..pewnie to dopiero pierwsza jaskółka, ale mamy nadzieję, że wiosna już niedługo :)

na zakończenie nasz arsenał:


23.12.2013

tych ciastek smak....

tak to dzisiaj jest możliwe, że siedzimy już z dziećmi u moich rodziców, przyjechaliśmy wczoraj, dzisiaj już praca wre - babcia gotuje, mama też dorabia to czego nie zdążylismy zrobić wspólnie w domu. dzieci wniebowzięte bo jest dużo akcji okołochoinkowej - ustawianie, ubieranie itd. dziadek sie cieszy, bo ma dwoje udatnych pomocników (mama się tylko śmiała, że może bombek nie wystarczyć). a co jest możliwe? no to, że ja pracuję sobie niepodal tego wszystkiego w sąsiednim pokoju i wcale mi nie przeszkadza że jestem odległy o jakieś 120 km od biura :) wszyscy zadowoleni.

przyjemnie jest tak jednak na kupie, a dodatku jak każdy ma coś do roboty (zwłaszcza dzieci:)

jeszcze jedno mi się nasunęło - że historia zatacza koło, bo kiedyś, kiedy moja babcia piekła dużo ciastek na zapas i przechowywała je w wielkich słojach na strychu, żelaznym punktem pobyty u babci było wspinanie się tam i wyżeranie. babci już nie ma, to będą pierwsze święta bez Niej, dzisiaj natomiast to mój tata kupuje ciastka i chowa w słojach. no więc robię sobie przerwy w pracy i spełzam do piwnicy na podżeranko :) tak jak 20 lat temu.

także tego, wesołych świąt!


16.12.2013

przesilenie, czyżby?

przede wszystkim chodzi o to, że Wu piszczy na nas jak wściekły nietoperz. przyczyny są nieznane, ale Mama ma hipotezę, że jest już dość mądra i wiele rozumie i przeżywa różne stresy, ale niewiele jeszcze potrafi powiedzieć. no, w zasadzie nic poza "nie", "nie ma", "dam/tam", "kako", "mlemniam", "bubu". do tego potrafi naśladować różne zwierzaki, ale to akurat mało przydatne w rozwiązywaniu stresujących sytuacji. no więc pozostaje drapieżny pisk, a czasami - jeśli Homik ją rozdrażni - to też ręko- i zęboczyny. grunt jednak, że zwłaszcza gdy mała się gorzej czuje (co ostatnio było częste z uwagi na rosnące 3-ki), już około południa jej piski wydzierają z głębu duszy resztki cierpliwości :).

poza tym udało się chyba Wiewiurke ostatecznie odstawić od karmienia piersią, było co prawda trochę wahań i rozdzierania szat, ale już mamy to za sobą. nie zmieniło to niestety rytmu naszych nocnych podbudek, a dodaliśmy sobie w ten sposób nieco bardziej zajmujące, a znane wielu innym rodzicom, przygotowywanie mleka/kakao w środku nocy, bo czasem inne argumenty nie działają.
poza tym Homik samorzutnie śpiewa piosenki, zwłaszcza jak bierzemy się do pianina i ja im troche podgrywam, a oni śpiewają i tańczą. nawet ostatnio podczas jazdy samochodem W śmiesznie zawodziła słysząc jakiś wokal w radio - widocznie śpiewanie jej się podoba.

generalnie prócz tego wszystkiego mieliśmy ciężki tydzień, bo Kasia w środę rano zaskoczyła nas wiadomością o chorobie, i nie było jej aż do dzisiaj, co wymagało od nas naprawdę niezłej czasowej ekwilibrystyki. do tego doszło jeszcze jakieś żołądkowe świństwo od piątku, najpierw H, potem wczoraj Wuwu i Mama. ja szcześliwie tylko wykpiłem się ćmieniem w brzuchu, bez innych objawów. miejmy nadzieję, że to ostatnia tego typu infekcja w tym sezonie.

5.11.2013

pierwsze piosenki

dzisiaj właśnie usłyszałem jak Homik sam śpiewa piosenkę poznaną na rytmice w przedszkolu! no i wracając z przedszkola, gdy słyszał dobiegającą z rytmiki innej grupy piosenkę sam podjął ochoczo śpiewanie! fajnie, strasznie się z tego cieszymy. aha, no i zaczyna mały H wykształcać jakieś nowe pokłady abstrakcji, po przy okazji Święta Zmarłych dopytywał o śmierć, o to czy babcia w grobie się rusza i inne takie. trudne dla rodziców et all., ale niezbędne pytania. dzisiaj za to w przedszkolu na rano była pani Madzia zamiast Pani Ani co wymagało niezbędnego przypomnienia: "Tato powiedz Pani Madzi że ja nie leżakuje!"

poza tym Wu  ma 12 zębów, mówi tak i nie (oraz zamaszyście kiwa główką) i wszystkiego się już można od niej dowiedzieć, zadając odpowiednią liczbę odpowiednich pytań (naturalnie, ta podwójna odpowiedniość jest tutaj kluczowa :) niestety z grobingu u dziadków przywlekła jakieś tałatajstwo, no i nocami gil ją zalewa, co w połączeniu ze złym samopoczuciem, niemożnością łatwego zaśnięcia i mamą atakującą znienawidzoną fridą powoduje, że słodka za dnia dziewuszka zamienia się nocą we wściekłą harpię, wydzierającą się wniebogłosy (sorry, sąsiedzi...) jakby ją ze skóry obdzierali i jest ogólna awantura. efekt - nocne warczenia na siebie, niewyspanie, słabość i żałość. no ale rano Wuwu budzi się jak skowroneczek i wszystko jest OK, przynajmniej tyle dobrze...

no, to tymczasem.

21.10.2013

jesienny gil atakuje

tak, przedszkole ma swoje dobre strony, ale akurat podstępne bakterie do nich nie należą. od początku września bowiem homik pilnie uczęszcza do pobliskiego przedszkola, i ogólnie jest fajnie. niestety uparcie nie spał w czasie leżakowania, więc po 2 tygodniach wieczornej walki ze zmęczonym do nieprzytomności trzylatkiem odpuściliśmy i odbieramy go wcześniej (tylko i wyłącznie dzięki temu że mamy też wciąż opiekunkę dla Wiewiurki - dziękujemy, Pani Kasiu!!), a leżakowanie robi w domu i jakoś daje nam potem żyć :) no ale - bakterie: 3 tygodnie temu wpadaliśmy w brzydkiego gluta, najpierw homik, potem małe Wu, potem my. przeszło. po karencyjnym poniedziałku we wtorek mały poszedł do przedszkola, i bach! od środy rano gorączka, i to jaka - wprost pod 40 stopni. spoko, pomyśleliśmy, bywa, przejdzie za dwa dni, no ale niestety nie przeszło, i zaczęliśmy się niepokoić...nasza ulubiona lekarka co prawda powtarzała, żeby zachować spokój grabarza, no ale trudno o to jeśli dziecko ma co chwila prawie 40 stopni...grunt jednak, że przeszło po 4 dniach i odetchnęliśmy. teraz jest już z powrotem w przedszkolu i mamy nadzieję, że na jakiś czas spokój.

w ostatni weekend natomiast wielki eksperyment! w związku z potrzebą udania się na parapetówkę namówiliśmy naszą superbabcię na nocleg z dziećmi. u babci :) ja osobiście miałem pewne obawy, szczególnie po ostatnim tygodniu, kiedy Wu budziła się średnio co kwadrans w nocy, chyba sprawdzając czy jestemy gdzieś blisko...no ale udało się koncertowo, poza tym tylko, że babcia ma mniejsze łóżko niż my i chwilami nie mogła się z tym towarzystwem pomieścić. my jednak dzięki temu mogliśmy przespać cięgiem 6 godzin, co od dawna już nam się w domu nie przydarzyło. bosko. impreza też nie była najgorsza ;)

ja jakiś czas temu zaliczyłem doroczny wyskok na PG World Cup, tym razem koło Tarragony. intensywny wyjazd, było fajnie. cieplutko, palemki, niebieskie morze, weekend z piłką nożną (mniejsza o wynik sportowy...), szybkie zwiedzanie Barcelony, plus spokopiknik z Wujem Ronchą i ich małym Felicjanem w Villers-la-Ville po drodze w czasie długiej przesiadki w Charleroix....to był udany weekend :D no i oczywiście trochę odpocząłem od domowych pieleszy, a tutaj siekierka na cześć mojej wspaniałej żony, która z pokerową miną mówiła "jedź kochanie, jedź!" ocierając jednemu i drugiemu dziecku na przemian gila sięgającego pasa...

a, byliśmy też wcześniej wszyscy w Jaworzynie Śląskiej na Gali Parowozówi była moc! konkretnie, głośno, sapaliśmy i spływała z nas tłusta oliwa, ekstra! zapach palonego węgla unoszący się nad całą miejscowością w ten dzień miał dla mnie w sobie coś.....magicznego? eh, parowozy...no i do tego zawsze miły i fajny Wrocław, z Szoszonami w roli gospodarzy. super!

no i jeszcze szybki update rozwojowo-warzywny: dzieciaki rosną, zwłaszcza homik który się ostro wyciągnął i wydłużył już od samych wakacji. przedszkole widać wpływa na niego nieźle, tym bardziej, że często sobie sam cośdłubie w klockach (to było) i podśpiewuje (tego nie było!), poza tym zapamiętuje wierszyki i inne krotochwile. poza tym sam z nas sobie żartuje, robi coś zabawnego po czym mówi, że to taki "zart" :) grałem z nim zresztą nawet ostatnio w memory, i całkiem nieźle mu szło. ma swoje momenty, czasami emocje i złość są dla niego trudne do wyrażenia, ale zasadniczo jest superfajny. uczymy go radzenia sobie z tym, że w końcu nie wytrzymuje zabierania zabawek i zaczyna się w sensie dosłownym odgryzać...to dla niego trudne i nie od razu do opanowania. ale damy rade.

Wiewiurka natomiast śmiga już bez problemu na obydwu nogach, i zaczyna powtarzać - na razie po swojemu - dużo różnych słów. najwyraźniej póki co wychodzi jej "dziękuję" po jedzeniu, ale całą resztę daje się z nią ustalić zadając odpowiednie pytania - świetnie kiwa na "tak" (nieprawdopodobnie uroczo!) i na "nie", więc odrobina cierpliwości i wszystkiego się można od niej dowiedzieć. trudno jej chyba teraz jakoś, bo nocami często się budzi i najchętniej zachowałaby "stałe łącze" z mamą, no ale tak się nie da, i wszyscy musimy się tych nowości nauczyć. poza tym z innych milestone'ów to nauczyła się zczepiać klocki i chętnie przegląda sama książeczki. 


4.09.2013

piaski, ach, piaski!

byliśmy nad morzem. i szczerze mówiąc, nie przypuszczałem że kiedykolwiek to powiem, ale było SUPER! po zeszłorocznej wyprawie do Sarbinowa nie byłem nastawiony entuzjastycznie - było tam w sumie daleko, tłoczno, pełno straganów z nadmorskimi artykułami z PRC i do tego dochodziły trudności związane z logistyką no i z tym, że Wu miała tylko 2 miesiące, a Homik niecałe 2 latka. to oznaczało, że ona jeszcze kompletnie nie uczestniczyłą w tym urlopie, a H natomiast próbował za wszelką cenę wbiegać do morza, tak był nim zafascynowany. w połączeniu z niezbyt udaną pogodą i zimną wodą powodowało to prawie ciągły alert, konieczność częstego przebierania i w efekcie niezbyt to wszystko było relaksujące.

tym razem jednak pogoda była typu "żyleta" - słoneczko, lekka bryza, czasem chmurka dla oddechu i tylko jeden deszcz na całe 9 dni! po prostu bosko. no i do tego idealna wręcz miejscowość dla nas - Piaski.....hmmmm, dosłownie 3 sklepy, 2 knajpy, jedna kawiarnia, 3 stragany z zabawkami, reszta to domy i kwatery. i koniec. tak, po prostu koniec. w porównaniu do Krynicy, czy nawet wspomnianego Sarbinowa, Piaski to wręcz oaza spokoju. spacer po miejscowości to relaks, a nie ciągłe unikanie straganów które wychodzą wulgarnie na połowę szerokości chodnika i kuszą dzieci kolorami. miejsca "na rybkę" i knajpy czyste, kulturalne z dobrym(!) i niezbyt drogim jedzeniem, no i kawiarnia z mistrzowską kawą i deserami (ceny co prawda warszawskie, no ale...). dla kontrastu spędziliśmy w ciagu tego tygodnia pół dnia w Stegnie i  - never ever again....

a plaża? ....hmmm poezja....bielutki piasek, prawie zero śmieci, szeroka, niezbyt zatłoczona plaża - czegóż chcieć więcej? rozkładaliśmy się więc ochoczo na plaży w pobliżu jednego z plażowych barów w stylu florida beach i oddawaliśmy się z błogością wypoczynkowi, każdy na swój sposób. mama - z książką lub gazetą, tata z homikiem - budowlanką plażową, wiewiurczak - ogólnorozwojowym pełzaniem po piasku i kałużach (nie miała z tym kompletnie problemu). ponieważ było ładnie i ciepło, nie martwiliśmy się o ubrania, a jedynym naszym zmartwieniem było żeby dokładnie wysmarować dzieciaki "50"tką i żeby czapki nosiły. no i relaks...naprawdę relaks! homik oczywiście wymyślał setki plażowych zabaw, włącznie z pakowaniem piasku do czapki i zakładaniem sobie na głowę. a co!

ogólna zaletą plaży w piaskach jest to, że jest oddalona jakieś 700m od miejscowości - trzeba przejść przez wydmę i las. czemu to zaleta ? a temu, że dzięki temu nie ma na plaży zbyt wielu ludzi, bo choć jest parking i droga z płyt do niego, to jednak pojemność parkingu jest ograniczona i ci najbardziej leniwi wybierają miejsca z łatwiejszym dostępem. dla nas, nie powiem, też było to małe utrudnienie, ale bez przesady - pakowalismy graty na wózek wiewiurki, homika mama brała na hol na jego rowerku biegowym (strzał w dziesiątke!) i wio - kwadrans i byliśmy na miejscu! a i zdrowy spacer zaliczaliśmy po drodze.

warto też wspomnieć o kulinarnych aspektach naszego pobytu - żywiliśmy się albo w jadłodajni gdzie smaczne porcje miały monstrualny rozmiar (najedliśmy się raz WSZYSCY jedną porcją zupy i jedną porcją kotletów mielonych), albo w plażowej smażalni gdzie ryby na patelnie radośnie wchodziły prostu z kutra! mniam. naprawdę, bez zastrzeżeń. no a popołudniu wspomniane pyszne kawy i desery w kawiarni z widokiem na Frombork.

wieczorami zaś trenowaliśmy zasypianie wg różnych metod, zebranych w ciagu dnia od zaprzyjaźnionych rodziców na plaży i w knajpach - no i najlepszą metodą jest jednak wyszykować towarzystwo i zgasić światło "na ciemno". skuteczność o różnej rychliwości, ale jednak 100% procentowa :D polecamy, bo jednak w jednym pokoiku we 4 ciężko to ogarnąć trochę.

na zakończenie urlopu homika przekazaliśmy dziadkom którzy spędzali urlop w Sarbinowie, a sami udaliśmy się w odwiedziny do Toma w Gdańsku. trzy miłe, wypełnione spacerami i zwiedzaniem dni, miłe przegadane wieczory. fajnie, po prostu fajnie.

no i tak - było po prostu super. wracamy na mur beton za rok!~


22.08.2013

fąfle dwa

odzwyczaiłem się i znów dłuższa przerwa, a to źle, bo teraz akurat codzień prawie coś nowego jest i to ważne różne rzeczy!

na przykład przedwczoraj (20 sierpnia) Wiewiurka postawiła pierwsze samodzielne kroki! na razie to nieśmiałe próby i jednak jeszcze częściej zasuwa na czworakach niż na piechotę, ale jednak! będziemy pomagać i zachęcać, żeby doskonaliła umiejętności.

nie tylko zresztą chodzenie się pojawiło. zgodnie z teorią (no, może nie teorią, prawidłowością), że największe skoki rozwojowe wywołują różne wyjazdy, przydody itd., podczas wyjazdu z Babcią na wieś (w tym czasie tata ładował akumulatory w domu robiąc, co mu na myśl przyszło) małe Wu nauczyło się rozpoznawać zwierzaki i do repertuaru miauczenia i szczekania doszedł odgłos osła, kury (przesłodkie kuokuokuo) i inne. wcześniej zaś nad morzem - o czym szerzej tutaj - w zasadzie opanowała sztukę samodzielnego stania. poza tym sama je łyżką albo widelcem (ma 15 miesięcy), pije z kubeczka bezdziubkowego i myje sobie zęby (no, dobra....tak to wygląda). no ale dla równowagi jeszcze wciąż dziarsko trzyma się maminej piersi, nad czym bolejemy bo jeszcze nie możemy wrócić do normalnego trybu spania....całą noc. aktualnie prowadzimy prace nad odzwyczajeniem, czemu ma sprzyjać zamiana sypialni (my przeniesliśmy się do mniejszej a dzieci zajmują większą) i nocne negocjacje, dzięki którym czasami Wu akceptuje kubeczek zamiast mleka :) ja akurat biorę w tym aktywny udział, przez co współczynnik wyspania mi spadł, no ale trudno. jakoś musimy to przetrwać jeszcze te kilka dni.

poza tym między dzieciakami jest coraz więcej interakcji - przede wszystkim takiej fajnej pozytywnej - Homik często coś małej tłumaczy, co robić, czego nie robić a także w rozczulający sposób ją pociesza "Wuwu, nie płacz..jesteśmy" - po prostu tak jakbyśmy słyszeli siebie, tylko przez jego usta. razem też się wściekają przed snem, chętnie się razem kąpią i w ogóle bawią, no i oczywiście Wu jest małą papużką - chce robić wszystko to co brat. cieszymy się patrząc na to jak razem uczą się żyć i sobie nawzajem pomagać. są czasem trudne momenty, gdy spierają się o zabawki albo gdy jedno z nich ma wyjątkowo podły humor, ale uczymy się radzić sobie z takimi sytuacjami. Homik zresztą potrafi powiedzieć już, że jest zły, albo że mu przykro i ja osobiście uważam że to nasze wspólne duże osiągnięcie. jego emocje są oczywiście czasami trudne do opanowania dla nas, dla niego tym bardziej, jest w końcu malutki, ale umiejętność ich nazwania jest wg. mnie dla niego sporym krokiem w kierunku dobrego poznania siebie i stawania się coraz fajniejszym małym człowiekiem.

aha, no i oczywiście H. idzie wkrótce do przedszkola, więc zobaczymy też jak sprawdzą się umiejętności których do tej pory staraliśmy się go nauczyć :)

19.07.2013

demoniczne zęby i inne mrożące krew w żyłach historie...

tym razem minęły 2 miesiące prawie od ostatniego posta, bo nowinek co prawda nie brakuje, ale jakoś się zebrać nie mogę...bo najgorzej wychodzi jak się chce napisać tekst "programowy", o czymś, i się go na siłe chce wymyślić. najlepiej natomiast zacząć od tego co na bieżąco jest, wtedy jakoś samo "płynie"....

na bieżąco zatem mamy w domu rzyg i sraczkę, bo skądś - podejrzenia wskazują na Kasię, opiekunkę - przyszedł do nas podstępny wirus :( zaczęło się w sobotę o północy, Zuzia nie chciała zasnąć i w końcu swoją niechęć skwitowała obfitym wymiotem. Czynność powtórzyła jeszcze potem dwukrotnie. Jak zwykle w takich momentach nie wiadomo co robić, czy faszerować smectą, dicoflorem, czy dać spokój - i tu porada - najlepiej dać spokój, bo w pierwszej fazie wszelkie płyny odbijają się od dna żołądka i wracają do nadawcy :P Rozważałem też podróż do Apteki w Płocku (bo akurat pojechaliśmy po homika do dziadków, ale o tym potem), w sam raz nocna wycieczka...Tak czy inaczej w niedzielę rano nastapiła ewakuacja dzieci z okolicy, żeby uniknąć zarażenia, bo inne dzieci mogły zarazić kolejne małe dzieci. No bo, to akurat był koniec tygodniowego turnusu homika i jego brata ciotecznego u dziadków - turnusu pełnego niebywałych atrakcji takich jak pływanie pontonem, lesne biwaki, wizyty w skansenie i udział w dojeniu krów! Pełen czad. no i akurat pojechaliśmy homika od dziadków odebrać i poranna ewakuacja miała uchronić kuzyna i jego siostrę przed załapaniem backyla, co jednak się nie udało, jak okazało się we wtorek. We wtorek bowiem objawy ujawniły się u Ciocasi, dziadka i starszej kuzynki. Wesoło, co ? Aktualnie więc body count wynosi 8, bo nie wspomniałem o tym że po powrocie do domu, w poniedziałek, ja, Mama i Homik również zostaliśmy ścięci przez grypke. Ja pracowałem spod koca, Mama spała do południa, a homik zasadniczo przespał calutki dzień. Tylko sprawczyni zamieszania, Wiewiurra, była już rześka i wesoła i tylko czasami wypuszczała rzadziznę bokiem. już nam przechodzi ale profilaktycznie eliminujemy się z życia towarzyskiego, spotkań, urodzin i nawet babcie oszczędzamy rezygnując z wieczornego wyjścia na koncert.

Tyle grypa. Czy wspomninałem że jednocześnie Wiurce rosną zęby i nie da się jej uśpić inaczej niż w leżaku? no to wspominam :)

w tak zwanym międzyczasie WuWu zaczęła prawie stawać, już nawet jak się zapomni to stoi, chodzi przy meblach i włazi na krzesła. poza tym lubi śpiewać i grać na pianinie, zwłaszcza z dziadkiem, podobnie zresztą jak homik. poza tym jest okropnie przyzwyczajona do zasypiania w leżaczku, i to problem niestety. nie mamy pomysłu na odzwyczajenie aktualnie...ze spaniem jest ogólnie problem taki, że dzieci śpią albo koło nas, w zasadzie w łóżku z nami. to niby naturalne, ale mi jednak troche przeszkadza. hipoteza robocza jest taka, że wyniosą się jak je w końcu zakwaterujemy w jednym pokoju, razem. no zobaczymy...

Wiewiurka poza tym troche mówi już: mama, tata, daj, bujubuju no i donośne MNIAM. aha no i umie jeść widelcem takie rzeczy które się da w ten sposób zjeść, łyżka i płyny to jeszcze nie ten poziom, ale też już nieduzo brakuje. kubki, szklanki i inne naczynia do picia już dawno opanowała i kubeczka 360st uzywamy już tylko do spania praktycznie. szybko, nie ?

Homik natomiast dużo mówi, dużo pyta, np wczoraj spytał jak sie nazywa ta kulka po której chodzimy - chodziło o ziemię :) i potem co ona robi - no kręci się. a dlaczego? bo masa, bo grawitacja, bo słońce...przyjął. wchodzimy do domu - "mamo a wiesz że słońce ma olbrzymią masę i tak się to wszystko kręci... ?" i pokazuje jak ziemia lata wokół słońca...:D słodkie.

co więcej? ostatnio na topie jest piłka i rower z pedałami w kształcie kwiatków, który H widział będąc na zakupach w Tesco. wydaje się to lepszym rozwiązaniem niż otrzymany ostatnio rowerek trójkołowy i w tym kierunku zamierzamy dążyć.

ogólnie to jednak trzeba być z gumy. mieć gumowe nerwy, gumowy czas, gumowe talerze i gumowe oczy, bo dwa małe bąble to nie jest coś co daje w 100% się wyspać. oczywiście, sami się do tego przyczyniamy, bo zamiast iść jak ludzie spać o 23, to się szwendamy do 1szej, a potem wstać ciężko. ale z drugiej strony, jak dzieci idą ostatecznie spać o 22 albo óźniej, to kiedy obejrzeć film, chwilę pogrzebać w ważnych sprawach, pograć, wziąć prysznic, poprzytulać się ? no niestety tylko wtedy....a oczy jak się okzazuje z gumy nie są :D

tyle aktualności. postaram się wrócić tu szybciej niż za 2 miesiące :)

8.05.2013

się nazbierało....

dzisiaj nasza mała dziewczynka kończy rok. bynajmniej, nie jest słodkim, ubranym na różowo ciupciulkiem. jest umorusanym, wysmarowanym piachem, farbami i brokułem raczkującym bolidem, który gromkim głosem domaga się różnych przedmiotów, głośno woła "NIAM!!!!" kiedy chce pić i wyrywa dzieciom na placu zabaw łopatki. that's our girl!!
ale ponieważ nie było mnie tu troche, to cofnijmy się o prawie miesiąc wstecz.

po pierwsze, nie udało nam się dotrwać przez ostatnie śniegi do wiosny i w połowie kwietnia dopadła nas grypa żołądkowa, czy tam coś, w każdym razie z rzyganiem i słabizną. tydzień wyjęty z życiorysu, odwołane chrzciny no i rozdaliśmy ją hojnie po rodzinie i znajomych :( no ale to już za sobą..

potem nastąpiło...dłuuugie wolne.

trzy tygodnie wolnego to świetna sprawa, zapomina się o pracy i wszystkim co jej dotyczy. o domu to nie, bo jeśli się w domu przez ten czas jest choć parę dni to i tak pranie cię dorwie. trzy tygodnie z racji mojego urlopu ojcowskiego (2) i wolnej długiej majówki (1) spędziliśmy różnorodnie i dość intensywnie. po pierwsze, ogarnęliśmy trochę w domu i garderobie, Mama posprzątała balkon, wywaliliśmy trochę niepotrzebnych ciuchów. to była przygrywka, bo w połowie pierwszego wolnego tygodnia ruszyliśmy na południe, do Wrocławia, gdzie byczyliśmy się na różnych trawnikach, placach zabaw i w knajpach w towarzystwie dobrych przyjaciół. Wrocław nieodmiennie nas zachwycił i wciąż nas kusi żeby się tam przenieść. no, ale to nieprędko raczej chyba. potem przyszła kolej na Czechy i praskie place zabaw (polecamy ten przy dolnej stacji kolejki na Petrin). Z dziećmi to raczej sie człowiek nie nazwiedza, tyle co na zewnątrz, plus drobne zaglądania do wnętrz. ale Praga jest piękna, bez dyskusji i powiedziałbym nawet że takie luźne włóczenie się daje lepszy pogląd na miasto, niż podążanie utartymi szlakami. ludzi jednak chmara, choć to przed sezonem. strach pomyśleć co się dzieje w tzw. sezonie. zamieszkiwaliśmy w hostelu na szczycie Petrina (Strachov) - zgrzebnie ale schludnie, przyzwoicie, tanio no i blisko do starówki. samo wzgórze jest piękne, kwitły akurat śliwki...cudnie. 

po dwóch dniach ruszyliśmy w czeskie Góry Stołowe, w okolicy skalnych miast w Teplicach i Adrspachu. to były miłe dwa dni spędzone w cichym zakątku w domu przy strumyku. homik mógł się wykazać we wspinaczce skalnej, wwka ulepszała swój warsztat raczkowania. sielana. standard "pod niemca", chociaż nietanio, ale za to bardzo sympatyczni gospodarze. mówili, że mamy szczęście że przyjechaliśmy przed majówką, bo od majówki ponoć zaczyna się masakryczny tłok. i fakt, większość lokali usługowych typu bary, restauracje pozamykane, dopiero szykowali się na letni nawał. potem jeszcze jeden nocleg we wrocławiu, i do domu. ostatni tydzień spędziliśmy w połowie w domu załatwiając sprawy no i wygrzebując się z tych dwóch walizek ciuchów brudnych. na koniec trzy dni na zielonej trawce u mnie w domu.

dzieciaki świetnie to wszystko zniosły, no może poza katarem przywiezionym chyba z Wrocławia. homik ogarniał wszystkie dostepne na placach zabaw (i nie tylko) zabawki, wuwka odkrywała piasek (wow, prawdziwa fascynacja!) i wypuszczała się na dłuższe eskapady, zresztą już w Warszawie nie ma zupełnie zahamowań przed łażeniem po całym placu zabaw. poza tym zaczyna wstawać przy meblach i nogach, potrenowała kiedyś wchodzenie na szerokie schody zjeżdżalni na placu zabaw i jej się spodobało. porzuciła zupełnie jedzenie kaszy i je już prawie wyłącznie to co my, oczywiście w wersji light. a, no i mówi "da", "niam", "nie", "baba", "baaabaaa" (tzn "mleko"), "mama", "tata" i coś co przypomina "antek", aaa, no i miauczy jak kotek i robi "hau hau"

homik w tym czasie zaczął normalnie mówić, śmiesznie przekręca wyrazy i czasami próbuje trudne słowa wymówić kilka razy. jest to przesłodkie i fajnie się z nim rozmawia. umie już też wspólnie śpiewać, ale przede wszystkim realizuje się jako małpka na placu zabaw. włazi WSZĘDZIE i naśladuje najchętniej starszych chłopców i potem mówi "tato a tam wchodzą tacy chłopcy duzi. antoś też wchodzi,. tylko na dach antoś nie wchodzi a chłopcy wchodzą" itp. powoli też zaczynamy wychodzić definitywnie z pieluszki, w nocy znaczy, bo nawet już umie wstać w nocy i pójść na siku. no ale to jeszcze troche.

z innych spraw to niestety w łóżku mamy permanentną inwazję i często o poranku śpimy w 5tke (z kotem jeszcze, bóg łaskaw że przychodzi tylko jeden) i niektóre noce jeszcze są słabe zwłaszcza jak jest jakiś katar albo wiewiurcza niestrawność (co przy jej diecie dość częste), ale powoli, powoli zbliżamy się do "normalnych" nocy.

a jako że idą wakacje, zaczynamy planować już letni urlop. może jakieś pomysły? albo jacyś dzieciaci chętni na wspólny wyjazd (najlepiej gdzieś nad wodę!)

5.04.2013

a dlacego rackuje?

Na przekór zimie która najwyraźniej chce konserwować status quo, nasze dzieci uczą się co dzień nowych rzeczy i odpędzają nam nudę na duży dystans :) 
Po pierwsze, to wiewiurka nauczyła się wreszcie raczkować, aczkolwiek nie nadużywa tej umiejętności, być może z powodu oszczędzania kolan albo z jakichś innych. W każdym razie jak chce to wstaje na kolana i raczkuje aż miło, zazwyczaj chce wtedy kiedy widzi w zasięgu wzroku coś ciekawego i chęć przyjrzenia się temu czemuś przezwycięża chęć jak najszybszego dotarcia do tej rzeczy (jeśli po prostu chce jak najszybciej się gdzieś dostać, wciąż używa swojego wiewiurczego kraula). wydaje nam się też że zaczyna mówić "daj" i coś w rodzaju nie, tzn na razie kiwanie głową jest. Aha i przyuważyłem ją, jak się "czesze" szczotką do włosów wygrzebaną z walizki :)

Homik natomiast to mała gaduła, nawet w nocy jak go wynoszę do jego łóżeczka to budzi się i tłumaczy że "chce do mamusi łóżeczka"...no i weź mu wytłumacz. A w łóżku naszym ciasno, bo jest tam zazwyczaj już W i kot, na dokładke. H też ostatnio opanował nową technikę: znalazł pudełko z pastylkami na gardło, rozejrzał się wkoło, zobaczył nas i zrobił egzaltowane "ekhe ekhe" po czym "gardło mnie boli, chce tego cukierka na gardło". Mama się aż zgięła ze śmiechu...jejku, coraz więcej takich sytuacji, tylko że nie ma czasu na bieżąco zapisywać...

Z innych rzeczy akurat dziś smutnych...dzisiaj rano zmarła moja babcia, dożywszy prawie 90 lat. :( Jeszcze kilka dni temu w święta byliśmy u niej w domu i jeszcze z nią, biedną i mało kojarzącą, zrobiliśmy sobie - jak się okazało ostatnie - rodzinne zdjęcie. Jak dobrze, że nie zapomnieliśmy o tym w pośpiechu wychodzenia od niej z dziećmi bo dzisiaj bardzo byśmy tego żałowali. 

Odpoczywaj w pokoju, Babciu.

18.03.2013

dzisiaj rodzicom śmieje się gęba, bo u wiewiurki stwierdzono ZĘBA!

tak praktycznie to tytuł się zdeaktualizował, bo dzisiaj poniedziałek, a zęby wyszły w czwartek, no ale mniejsza o to.
poza zębami dużo zmian - wiewiurka sama siada i podnosi się na klęczki, no ale ponieważ mamy śliskie podłogi to jej się nogi rozjeżdżają i niezbyt raczkuje. trudno, bez tego można żyć, homik też prawie nie raczkował, a zasuwa aż miło, a nawet czasami niemiło bo aż za bardzo. grunt, że W jest żywa i wszedobylska, z tradycyjnym numerem "wyścig do kocich chrupków" włącznie, a także z grzebaniem w kociej kuwecie...poza tym zażera wszystko, im bardziej potrawa dorosła - tym lepiej.
homik natomiast dużo mówi, dużo kombinuje i wymyśla różne niestworzone pomysły. robi coraz więcej sam - potrafi sam zrobić siku i z powrotem się ubrać. z dodatkowych umiejętności wykazuje cięcie ubrań nożyczkami, np. spódniczke wiewiurki założoną niecałe dwa razy (jej, nie jemu :). najświeższe ze słowniczka:  ślimka (szminka), bzidkie kokoczko (brzydkie kaczątko) itd.

jeszcze słowo uzupełnienia, bo się Mama domaga: podczas mojego pobytu w Londynie, Mama bohatersko przebywała w domu z dwójką bachorząt, i przeżyła. bachorzęta również, co jest dowodem na wielką cierpliwość Mamy, i równie wysokie umiejętności wychowawcze :) ja sam sobie Mamy gratuluję, gdyż jest wspaniałą Mamą. jest też oczywiście też kochaną i najlepszą na świecie Żoną i pozdrawiam ją z tego miejsca serdecznie :*

a, zaobserwowałem też że Homik czasami tak bardzo się cieszy że nie potrafi tego chyba inaczej wyrazić (np. na widok babci), że ryczy jak smok, albo lew. aa, no i mówi nam czasem, że nas kocha (kocha też innych przyjaciół naszych i dzieciaki znajomych).

no i tak to wygląda. dobrej nocy,

4.03.2013

ociwiście

ociwiście to mówi homik, bo mówi coraz wiecej, śmielej i śmieszniej :) stoił itd. zaczął też sam, tzn po dobroci kłaść się spać w łóżeczku z wyjętymi szczebelkami(!), bynajmniej nie od pierwszego strzału, ale i tak widać znaczącą zmianę w jego podejściu do wieczornego spania. poza tym, w ciągu dnia, gada jak najęty, i powtarza po nas co drugie słowo, czasem zaskakując nas stopniem komplikacji. często sam zaczyna opowiadać np. co widać z samochodu (o, karetka!) itp. a hitem ostatnio był "kotodyl" zrobiony-wygryziony z wafelka w czasie jazdy (wcześniej była rybka też).

mała wiewiurka przestaje powoli być mała i zamienia się w turboszczura z doładowaniem. nie raczkuje tylko wciąż pełza energicznie po domu, znajdując wciąż to nowe obiekty do zbadania, zjedzenia i oblizania. no i jest niewiarygodnie ciekawska, wszystko chce dotknąć, sprawdzić, obejrzeć. używa już wielu zróżnicowanych głosek i domaga się podczas wspólnych posiłków tego, co jemy my. objawia się to np. tym, że przestaje skakać w krzesełku dopiero po otrzymaniu parówki, bo homik też je parówke. poza tym je mało i wybrednie, ale to nam sie tak zdaje, bo podobno opiekunce zjada wszystko. grunt że rośnie i robi dużo kup.

ostatnie dwa tygodnie były szalone, bo ja byłem 6 dni w Londynie, po czym zaraz po moim powrocie pojechaliśmy do Krynicy. sukces niebywały, bo udało nam się nawet parę razy zjechać, dzięki połączonemu wysiłkowi naszemu, naszych wspaniałych znajomych którzy opiekowali się dzieciakami i naszych wspaniałych darczyńców sprzętu narciarskiego! smak na narty został rozbudzony na nowo i w następnym sezonie koniecznie musimy powtórzyć tę operację. było tak czy siak sympatycznie, bo było dużo ciekawych, nowych osób, homik dołączał się chętnie do dorosłych gier i zabaw a wiewiurka w przerwach między eskploracją pełniła dzielnie rolę maskotki. było szybko, intensywnie i miło.

jeszcze słowo o londynie: lubie to miasto i robią na mnie wrażenie fajne, wizjonerskie pomysły zrealizowane zarówno w przestrzeni ulicy (dzielnica City) jak i w poszczególnych obiektach (jak Tate Modern, czy British Museum - wiem, wiem, wielkie nazwiska, ale to po prostu jest fajne i wzbudza podziw). szkoda, że u nas na razie mało gdzie widać zrealizowaną od początku do końca wizję, gdziekolwiek. poza tym oczywiście dużo ludzi, dużo knajp i wietnamskich barów, niewiarygodne metro i rozwiązania komunikacyjne, myszy hasające między torami  i wiele wiele innych fascynujących spraw. wystarczy na jeszcze wiele wizyt. szkoleniowych ;)

17.02.2013

bo we mnie jest zwierzę

czasem jest taki dzień, że po prostu jest ciężko znieść humory homika. wstał - płacz, przyszedł do nas do łóżka - płacz, po stokroć "NIE!" itd. wieczorem, po moim powrocie z pracy - płacz i ciągłe dążenie do działań niepożądanych (np mycia całej łazienki mydłem do rąk :) a więc konflikt...masakra.
jak do tego doda się niewyspanych rodziców, to jest słabo. im homik starszy, tym takich sytuacji więcej. taka jednak cena powolnego dorastania i wyrastania.

poza tym jednak sielana. okazuje się że umie on już powiedzieć ile ma lat, sam z siebie opowiada, coraz więcej i więcej, i nawet jakieś egzotyczne słowa wynajduje typu "kagun" (czyli kangur). szałem ostatniego miesiąca są nożyczki: homik wycina wszystko  i wszędzie - od siekania kartek na drobne, po eksperymenty na zasłonkach...i własnych ubraniach. specjalność: frędzle na rękawach. przy tym wszystkim jest bardzo pomocny (zwykle) i chętnie podejmuje proste działania w stylu mycie warzyw przed obiadem albo odkurzanie (fragmentaryczne, ale zawsze!)

Wiewiurka natomiast rozwija się szybciutko, wczoraj właśnie pierwszy raz sama usiadła podpierając się pudłem z zabawkami. do tego woła od już jakiegoś miesiąca "mama" (to zamienne "pić" i "mama", ale bardziej pić, bo przecież mama z tym się kojarzy), i głośno woła brata "Aaaa, Aaaaa". poza tym świetnie się bawią ze sobą i wyglądają wspólnie słodko bardzo. a no i najchętniej je to co my, czyli jak wzięte z talerza taty to ok. z własnej miski nie smakuje natomiast wcale. dzisiaj też wpadłem dopiero na to że przy śniadaniu domagała się tego co jadł homik czyli parówki. po wręczeniu jej ogryzka paróweczki była zadowolona i z entuzjazmem mlaskała :) wczoraj była natomiast mała awaria, bo W pierwsza przed mamą dotarła do nocnika w której homik zostawił małe co nieco....yuck!

tata dzisiaj natomiast wyjeżdża za granicę na tydzień i trzyma kciuki za mamę, żeby jakoś dała radę...